Był pierwszy niedzielny grudniowy poranek kiedy
Dafne wskoczyła na moje łóżko bezlitośnie mnie budząc…
- Wstawaj szybko!
- Nie mam zamiaru wstawać aż do popołudnia –
mruknęłam nakładając kołdrę na głowę.
- Śnieg, spadł śnieg!
- Super jeszcze zimniej będzie w tych przeklętych
lochach – od czasu kiedy rozpoczęły się minusowe temperatury nie dało się
normalnie funkcjonować, w pokoju wspólnym i dormitoriach paliły się kominki,
ale kiedy wychodziło się na korytarz można było stać się bryłą lodu
momentalnie, dlatego też nikt któremu palce miłe nie chodził po korytarzu
dopóki nie musiał.
- Wiem co poprawi Ci humor. Możesz rzucać w ludzi
śnieżkami i raczej nikt się za to nie obrazi.
- Wreszcie jakiś pozytyw, mam kilka osób na mojej
liście którym mogłoby się coś stać, ale nie może bo w Azkabanie jest pewnie
jeszcze zimniej niż tutaj.
- Nie rozumiem, dlaczego Draco cały czas twierdzi,
że nie pasujesz do tego domu.
- Bo jeszcze nie wie, że jest pierwszy na mojej
liście.
- Dobra masz 5 min na ogarnięcie się inaczej
wyciągnę Cię w piżamie na ten śnieg.
- Wiesz, że zaczynam uczyć się zaklęć z księgi zaawansowanej
?
- 5 min – powtórzyła nieco głośniej i wybiegła z
naszego dormitorium.
Skąd Ci ludzie biorą chęci i siły na wstawanie o tej
godzinie przecież to nie ludzkie! Chociaż nie powiem perspektywa obrzucenia
paru osób śnieżkami bardzo mi się spodobała. Podniosłam się do pozycji
siedzącej i dopiero wtedy zauważyłam, że Żabert spał przy moim boku. On tak jak
ja nienawidzi zimna jakie panuje w lochach, więc jak najwięcej czasu spędza w
moim łóżku, a jeżeli jest luźniej to kładzie się przy kominku.
- No maluszku wstajemy, pora zniszczyć paru osobą
miłość do śniegu.
Wyciągnęłam nogi z łóżka wprost do moich kapci,
które przysłali mi rodzice. To jeden z atrybutów bez których nie wyobrażam
sobie życia w tym domu. Aby jak najmniej zmarznąć szybko przebrałam się w
grubsze rzeczy oraz wzięłam ze sobą płaszcz wyjściowy z rękawiczkami, szalem i
czapką. W planie miałam wstąpić jeszcze do Wielkiej Sali po coś do zjedzenia,
ale nie miałam pewności, że coś tam jeszcze zastanę. W pokoju wspólnym
siedziały głównie dziewczyny i to przy kominkach przypuszczam, że większość
chłopaków biegała po błoniach. Jak najmniej myśląc o zimnie jakie panuje
pobiegłam na śniadanie. Na górze nad poziomem lochów moja nowa jednostka na
określanie gdzie jest najcieplej było już znacznie przyjemniej, ale nie tak
ciepło jak przy kominku. Przy stole Slytherinu siedziało parę osób i też
głównie były to dziewczyny jak się okazało jedną z nich była Millicenta.
- Cześć Milli.
- An! Wreszcie wstałaś.
- Gdyby nie Dafne to bym nie wstała.
- No tak Dafne chyba nikt w całym zamku nie cieszy
się na śnieg tak jak ona. Ledwo co zjadła śniadanie i w podskokach pobiegła na
błonia. W sumie Pansy nie lepsza też wybiegła w podskokach, ale z innego
powodu. Draco i Blaise wpadli na jakiś super pomysł, którego nie chcieli nikomu
zdradzić ale Pans to nie zraziło.
- Dzień jak co dzień w Hogwarcie, no może oprócz
tego śniegu.
- Mówisz oprócz śniegu, ale przygotowana jesteś –
skinęła głową na moje zimowe akcesoria.
- Proszę Cię nie mogłabym przepuścić takiej okazji
by nie walnąć paru osobą śnieżką w twarz.
Śniadanie spędziłyśmy na śmianiu się z naszych
przyjaciół co było miłą odskoczną od wszystkiego. Kiedy zjadłam niezliczoną
ilość naleśników zaczęłam ubierać się by wyjść. Udało mi się nawet przekonać
Millicente aby ze mną wyszła także zapewniłam sobie żywą tarczę. Chodź może
lepiej żeby nie wiedziała, że nazwałam ją żywą tarczą…
Wydaje mi się, że cała szkoła zebrała się na
błoniach, jeszcze nigdy nie widziałam w tym miejscu tyle ludzi. Najpiękniejszy
był bieg profesora Quirella do zamku, ponieważ goniły go zaczarowane kule
śniegu, niektórym z nich udało się nawet trafić profesora w tył głowy! Pomysł
był oczywiście bliźniaków Weasley, którzy wręcz leżeli ze śmiechu za jedną z
zasp.
- No dobrze Millicento, wchodzimy do gry! – w
odpowiedzi usłyszałam jedynie jęk. – Na mój znak biegniemy do tej górki –
wskazałam na kopiec śniegu w najdalszym rogu dziedzińca.
- A może jednak udamy się do biblioteki ? – zapytała
z nadzieją
- Teraz! – krzyknęłam ignorując sugestię
przyjaciółki.
Szczerze mówiąc nie miałam pojęcia czy za mną
biegnie na pewno wiem, że parę razy udało się komuś mnie trafić w rękę i plecy.
Kiedy dopadłam do górki okazało się, że ktoś już się za nią chowa…
- No no Shafiq nie wiedziałem, że jesteś taka rozrywkowa.
- Wybacz Malfoy – mruknęłam i z impetem rozwaliłam
mu śnieżkę na twarzy.
- Pożałujesz tego – zagroził kiedy dotarło do niego
co się wydarzyło.
- Byłeś pierwszy na mojej liście, teraz możemy
zrobić sojusz.
- Sojusz ? chyba żartujesz. Nie podaruje Ci tego.
- Oj nie bądź już taką marudą. Powiedz, że nie kusi
Cię aby walnąć śniegiem Pottera albo Granger albo najlepiej połowę szkoły.
- Widzisz tą fortecę po drugiej stronie ?
- Tą wielką kupę śniegu.
- To forteca!
- Dobra dobra widzę tę fortecę.
- Tam siedzi Blaise i Teodor. Robimy zasadzkę na Fletchleya,
Macmillana i Smith.
- Bo ?
- Bo są cieniasami, a panoszą się po dziedzińcu
jakby byli czystej krwi.
- Z tego co wiem to Macmillan i Smith są.
- Nie ważne. Na znak Blaisa uderzamy.
- Nie byli na mojej liście, ale skoro jest okazja to
wchodzę w to. Kto jest następny ?
Nie zdążył mi odpowiedzieć bo Zabini krzyknął na
nich i Malfoy wybiegł z kryjówki jak poparzony. Nie pozostało mi nic innego jak
wybiec za nim. Z wielką radością uformowałam kulę śniegu i rzucałam w nasz cel.
Korzystając z okazji, że Smith obrócił się do mnie tyłem rzuciłam mu się na
plecy przez co wylądował twarzą w śniegu. Sama nie wiem czemu to zrobiłam, ale
podniosłam się z jego pleców i z dziwacznym śmiechem pobiegłam do fotecy.
Chwilę po mnie przybiegła reszta.
- Nie wiedziałem, że angażujemy w nasz plan
dziewczyny – sapnął Nott
- Tak jakoś wyszło – wzruszył ramionami Malfoy
- Chcę wiedzieć czemu rzuciłaś się na Smitha czy
lepiej nie ? – zapytał z wielkim uśmiechem Zabini
- W sumie to sama nie wiem, ale jego głowa
wylądowała głęboko w śniegu i to mi pasuje.
Zabawy w śniegu trwały dużo za długo, raz po raz
zasadzaliśmy się na kogoś bez powodu, ale teraz starałam się na nikogo nie
rzucać co było dość trudne, bo niektórzy wręcz się o to prosili. Przemoczeni do
ostatniej suchej nitki postanowiliśmy wrócić do zamku. Plan był taki by
przemknąć niezauważonym przy ścianie. Szłam jako ostania i na moje nieszczęście
Draco tak jak obiecał zemścił się za śnieg na twarzy. Niczego nie podejrzewałam
kiedy odwrócił się do mnie z wielkim uśmiechem dopiero po chwili dotarło o
mnie, że to podejrzane ale było już za późno bo właśnie zaczął rozcierać na
mojej twarzy ogromną kulę śniegu. Po tym incydencie wiedziałam, że nie podaruje
mu tego i dopóki nie stopnieje śnieg będzie wojna.
Było mi strasznie zimno a wejście w sferę lochów
jeszcze bardziej pogorszyło mój stan. Moje szczękanie zębami odbijało się od
wszystkich pobliskich ścian. Chłopcy mieli jeszcze ochoty na żarty z Puchonów,
a ja myślałam tylko o kominku w dormitorium. Bez słowa zostawiłam moich
kompanów zbrodni w pokoju wspólnym i pognałam do sypialni.
- A któż to któż to. Ahhh to An! Ta co śniegu nie
lubi schodzi z pobojowiska jako ostania.
- Nie ostatnia i nie z pobojowiska.
- Pobojowisko, tak mniej więcej określił to Smith
kiedy szedł korytarzem lochów do Snapa.
- O nie! – oczami wyobraźni już widziałam jak
profesor będzie kazał mi odśnieżać bez użycia różdżki drogę z zamku do głównej
bramy, albo do chatki Hagrida.
- Spokojnie, nie zastał go. Nasz drogi opiekun miał
widocznie ważniejsze sprawy niż siedzenie w swoim gabinecie i czekanie na
skargi.
- A może jemu też jest zimno ?
- Myślę, że nie czuje różnicy w końcu jego serce
jest równie zimne. Ty jak nie weźmiesz gorącego prysznica to też zostaniesz
zimna na zawsze.
To przypomniało mi, że pomimo ciepła płynącego od
ognia nadal jestem mokra od stóp do głowy. Płaszcz, czapkę, szal i rękawice
rzuciłam pod kominkiem do wyschnięcia. Wyciągnęłam z kufra jak najwygodniejsze
ubrania i pognałam do łazienki.
Zaczynam myśleć, że to chyba cud, bo niczego sobie nie odmroziłam a stojąc pod gorącą wodą myślałam że zaraz mi coś odpadnie.
Kiedy zrobiło mi się na tyle gorąco, że zaczęłam się pocić wyszłam spod wody. Przez tak intensywnie spędzony czas nawet ręcznik wydawał się bardziej miękki niż zwykle. Nie przedłużając chwil w łazience wróciłam do dormitorium gdzie nadal w niezmienionej pozycji siedziała Dafne.
- Co robisz ? - zapytałam zaciekawiona.
- Natchnęłaś mnie ostatnio swoimi długimi listami, że sama postanowiłam napisać do rodziców i siostry.
- Wiem jak to jest być młodsza siostra siedząca w domu kiedy rodzeństwo bawi się w Hogwarcie. Pozdrów ją ode mnie.
- Oczywiście, że pozdrowię. Z moich opowieści polubiła Cię.
- Boję się co mogłaś opowiedzieć.
- Same dobre rzeczy.
- Mhm - jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tych dobrych rzeczy jakie Dafne mogła o mnie napisać nie to że robię same złe rzeczy, ale raczej rodzeństwu nie pisze się jaka to koleżanka z pokoju jest miła i pomocna. - A tak swoją drogą gdzie Pansy i Millicenta ?
- Podobno w bibliotece. Pansy nie wytrzymała zbyt długo na śniegu, a Milli się chyba chowa przed Tobą bo boi się że będziesz zła że nie pobiegła za Tobą tylko do zamku.
Przynajmniej wyjaśniło się co stało się z moją żywą tarczą, najzwyczajniej w świecie uciekła! Rozłożyłam się na moim łóżku z nadzieją na krótką drzemkę. Niestety nie doszło do niej ponieważ na moim brzuchu pojawił się Żabert z kartką przy obroży.
- A od kiedy Ty robisz za sowę ? - zapytałam zdziwiona mojego kota w odpowiedzi dostałam tylko groźne spojrzenie spod łba. - dobrze już dobrze biorą kartkę i możesz zmykać.
Wyciągnęłam zawiniątko spod srebrnej obroży, a chwile później Żaberta już nie było. Byłam bardzo ciekawa od kogo ten liścik i kto wymyślił tak niekonwencjonalny sposób komunikacji.
Mam nadzieje, że Żabert nie gniewa się na mnie za to, że go wykorzystałam ? Przekupiłam go rybą która „ukradłam" ze śniadania. Myśle, że tylko dlatego mi pomógł.
Spotkajmy się dzisiaj o 17 przy posagu jednookiej wiedźmy (na czwartym piętrze) mam nadzieje, że wiesz gdzie to. Szkoda by było gdybyś przeze mnie naraziła się Filchowi oraz Snapowi.
Do zobaczenia Lisa.
Z Lisą nie widywałyśmy się już tak często jak na początku, ale nadal bardzo się lubiłyśmy. Zaprzyjaźniła się z osobami ze swojego domu tak jak i ja, więc miałyśmy mniej czasu dla siebie. Gdy miałyśmy dużo nauki a miałyśmy ochotę się spotkać to szłyśmy razem do biblioteki. Według naszego kominkowego zegara dochodziła 14, a więc miałam jeszcze chwile czas do spotkania jak i do obiadu. Zapytałam również moją współlokatorkę czy wybiera się na obiad.
Gdy tylko skończyła pisać listy do swojej rodziny udałyśmy się do Wielkiej Sali.
- Anastazja idziesz z nami na drugą turę bitwy ? - przy wyjściu zaczepił nas Blaise.
- Nie ma mowy. Dopiero co się ogrzałam.
- No weź... przydasz nam się.
- Chcesz mnie wpędzić w szlaban ? Smith chciał na mnie naskarżyć Snapowi.
- A to szuja! Po obiedzie go znowu dopadnę.
Myśle, że jutro lepiej będzie się nie pokazywać w okolicach śniegu, bo połowa szkoły może mnie nienawidzić.
Przy stole ślizgonów spotkaliśmy cały nasz rok, więc atmosfera była iście rodzinna. Może trochę za dużo na nich narzekam, bo dzisiaj spędziliśmy naprawdę miły obiad, bez obrażania, bez krzyków i marudzenia na zajęcia. Przyjdzie kiedyś czas, że chyba zacznę za nimi tęsknić... nieee jednak nigdy to nie nadejdzie w niektórych sprawach aż za bardzo się różnimy.
Po obiedzie nadal w dobrych humorach razem wróciliśmy do pokoju wspólnego w którym panował straszliwy tłok. Przez to, że nie znaleźliśmy większego kąta aby usiąść dziewczyny poszły do swoich dormitorium a chłopaki do swojego.
Rozłożyłam się na dywanie w naszej sypialni i przysłuchiwałam się rozmowy dziewczyn, które opowiadały o świętach w ich domach. Każda z nas mieszka w różnych zakątkach Anglii i mimo, że mieszkamy w jednym kraju to każda z nas obchodzi inaczej święta. Tak bardzo zatraciłam się w opowieści, że nawet nie zauważyłam kiedy wybiła 17.
Równo z uderzeniem zerwałam się na nogi i bez tłumaczeń wybiegłam z dormitorium. Dawno chyba tak szybko nie biegłam chociaż bardzo często zdarza mi się spóźniać na zajęcia...
- Lisa! Przepraszam za spóźnienie.
- Byłam na to przygotowana - jej śmiech niósł się po piętrze - nie ważne też przed chwila przyszłam. Mam dla Ciebie prezent nie wiedziałam czy spotkamy się przed przerwą, więc wręczam Ci je teraz.
- Ejj ja jeszcze nie zapakowałam prezentu dla Ciebie!
- Jakoś to przeboleję. Trzymaj
- Dziewczyno co Ty tam włożyłaś ? Jest chyba cięższe niż Żabert.
- Zobaczysz jak otworzysz. A co do Żaberta to mam nadzieje, że za bardzo się na mnie nie gniewa za ten liścik.
- Nie martw się dostanie dodatkową porcje śniadania i mu przejdzie.
Dopóki Filch nas nie przegonił siedziałyśmy przed posągiem i rozmawialiśmy. Lisa dała mi prezent już teraz ze względu na to, że rodzice zabierają ją ze szkoły tydzień wcześniej z powodu wyjazdu do Ameryki, gdzie mieszka jej ciocia. Opowiadała, że podoba jej się w Ravenclaw chociaż czasami jest za sztywno. Za to ja opowiedziałam jej jak byłam traktowana po meczu oraz o dzisiejszej bitwie na śnieżki.
Kiedy zostałyśmy przepędzone każda rozeszła się w swoją stronę.