czwartek, 24 października 2019

11. czekoladowa żaba

Jeszcze długo po meczu w pokoju wspólnym Slytherinu były mieszane uczucia. Część osób była bardzo zadowolona z nowego nabytku czyli mnie, a część osób była wściekła na całą drużynę, że w tak głupi sposób to przegraliśmy. Flint jeszcze trochę w listopadzie pomęczył nas treningami dając nam mocno popalić. Również (o dziwo!) zaczął się do mnie przekonywać, a przynajmniej na początek zapamiętał moje imię co w tym domu jest rzadkością. Odnoszę wrażenie, że każdy do każdego zwraca się po nazwisku, a jeżeli tego nie robi to znaczy, że zaczyna być z tą osobą w bliskich relacjach. Cóż właśnie zasugerowałam, że jestem w bliskich relacjach z Marcusem Flintem… NIE! Zdecydowanie nie. Jeżeli nie ma sprawy związanej z Qudditchem to staram się go unikać co w sumie jest trochę zabawne patrząc na to ile spędzamy czasu razem na boisku. Stałam się nawet popularna w szkole tylko jeszcze nie wiem czy przez mój pierwszy mecz czy przez Taylera, który chyba każdej napotkanej osobie o mnie wspominał… boję się dnia w którym mama wywoła dla niego zdjęcia z meczu, może zdarzyć się tak, że zrobi odbitki dla całej szkoły aby każdy miał moje zdjęcie. Na moje szczęście Maya nie podziela jego optymizmu i stara trzymać się na dystans. Aby nie myśleć o zbliżających się świętach, wzięłam się za naukę. Powinnam raczej narzekać na to, że muszę się uczyć, ale mnie to po prostu interesuje i o zgrozo sprawia przyjemność. Cóż może oprócz astronomii i zielarstwa.
Był pierwszy niedzielny grudniowy poranek kiedy Dafne wskoczyła na moje łóżko bezlitośnie mnie budząc…
- Wstawaj szybko!
- Nie mam zamiaru wstawać aż do popołudnia – mruknęłam nakładając kołdrę na głowę.
- Śnieg, spadł śnieg!
- Super jeszcze zimniej będzie w tych przeklętych lochach – od czasu kiedy rozpoczęły się minusowe temperatury nie dało się normalnie funkcjonować, w pokoju wspólnym i dormitoriach paliły się kominki, ale kiedy wychodziło się na korytarz można było stać się bryłą lodu momentalnie, dlatego też nikt któremu palce miłe nie chodził po korytarzu dopóki nie musiał.
- Wiem co poprawi Ci humor. Możesz rzucać w ludzi śnieżkami i raczej nikt się za to nie obrazi.
- Wreszcie jakiś pozytyw, mam kilka osób na mojej liście którym mogłoby się coś stać, ale nie może bo w Azkabanie jest pewnie jeszcze zimniej niż tutaj.
- Nie rozumiem, dlaczego Draco cały czas twierdzi, że nie pasujesz do tego domu.
- Bo jeszcze nie wie, że jest pierwszy na mojej liście.
- Dobra masz 5 min na ogarnięcie się inaczej wyciągnę Cię w piżamie na ten śnieg.
- Wiesz, że zaczynam uczyć się zaklęć z księgi zaawansowanej ?
- 5 min – powtórzyła nieco głośniej i wybiegła z naszego dormitorium.
Skąd Ci ludzie biorą chęci i siły na wstawanie o tej godzinie przecież to nie ludzkie! Chociaż nie powiem perspektywa obrzucenia paru osób śnieżkami bardzo mi się spodobała. Podniosłam się do pozycji siedzącej i dopiero wtedy zauważyłam, że Żabert spał przy moim boku. On tak jak ja nienawidzi zimna jakie panuje w lochach, więc jak najwięcej czasu spędza w moim łóżku, a jeżeli jest luźniej to kładzie się przy kominku.
- No maluszku wstajemy, pora zniszczyć paru osobą miłość do śniegu.
Wyciągnęłam nogi z łóżka wprost do moich kapci, które przysłali mi rodzice. To jeden z atrybutów bez których nie wyobrażam sobie życia w tym domu. Aby jak najmniej zmarznąć szybko przebrałam się w grubsze rzeczy oraz wzięłam ze sobą płaszcz wyjściowy z rękawiczkami, szalem i czapką. W planie miałam wstąpić jeszcze do Wielkiej Sali po coś do zjedzenia, ale nie miałam pewności, że coś tam jeszcze zastanę. W pokoju wspólnym siedziały głównie dziewczyny i to przy kominkach przypuszczam, że większość chłopaków biegała po błoniach. Jak najmniej myśląc o zimnie jakie panuje pobiegłam na śniadanie. Na górze nad poziomem lochów moja nowa jednostka na określanie gdzie jest najcieplej było już znacznie przyjemniej, ale nie tak ciepło jak przy kominku. Przy stole Slytherinu siedziało parę osób i też głównie były to dziewczyny jak się okazało jedną z nich była Millicenta.
- Cześć Milli.
- An! Wreszcie wstałaś.
- Gdyby nie Dafne to bym nie wstała.
- No tak Dafne chyba nikt w całym zamku nie cieszy się na śnieg tak jak ona. Ledwo co zjadła śniadanie i w podskokach pobiegła na błonia. W sumie Pansy nie lepsza też wybiegła w podskokach, ale z innego powodu. Draco i Blaise wpadli na jakiś super pomysł, którego nie chcieli nikomu zdradzić ale Pans to nie zraziło.
- Dzień jak co dzień w Hogwarcie, no może oprócz tego śniegu.
- Mówisz oprócz śniegu, ale przygotowana jesteś – skinęła głową na moje zimowe akcesoria.
- Proszę Cię nie mogłabym przepuścić takiej okazji by nie walnąć paru osobą śnieżką w twarz.
Śniadanie spędziłyśmy na śmianiu się z naszych przyjaciół co było miłą odskoczną od wszystkiego. Kiedy zjadłam niezliczoną ilość naleśników zaczęłam ubierać się by wyjść. Udało mi się nawet przekonać Millicente aby ze mną wyszła także zapewniłam sobie żywą tarczę. Chodź może lepiej żeby nie wiedziała, że nazwałam ją żywą tarczą…
Wydaje mi się, że cała szkoła zebrała się na błoniach, jeszcze nigdy nie widziałam w tym miejscu tyle ludzi. Najpiękniejszy był bieg profesora Quirella do zamku, ponieważ goniły go zaczarowane kule śniegu, niektórym z nich udało się nawet trafić profesora w tył głowy! Pomysł był oczywiście bliźniaków Weasley, którzy wręcz leżeli ze śmiechu za jedną z zasp.
- No dobrze Millicento, wchodzimy do gry! – w odpowiedzi usłyszałam jedynie jęk. – Na mój znak biegniemy do tej górki – wskazałam na kopiec śniegu w najdalszym rogu dziedzińca.
- A może jednak udamy się do biblioteki ? – zapytała z nadzieją
- Teraz! – krzyknęłam ignorując sugestię przyjaciółki.
Szczerze mówiąc nie miałam pojęcia czy za mną biegnie na pewno wiem, że parę razy udało się komuś mnie trafić w rękę i plecy. Kiedy dopadłam do górki okazało się, że ktoś już się za nią chowa…
- No no Shafiq nie wiedziałem, że jesteś taka rozrywkowa.
- Wybacz Malfoy – mruknęłam i z impetem rozwaliłam mu śnieżkę na twarzy.
- Pożałujesz tego – zagroził kiedy dotarło do niego co się wydarzyło.
- Byłeś pierwszy na mojej liście, teraz możemy zrobić sojusz.
- Sojusz ? chyba żartujesz. Nie podaruje Ci tego.
- Oj nie bądź już taką marudą. Powiedz, że nie kusi Cię aby walnąć śniegiem Pottera albo Granger albo najlepiej połowę szkoły.
- Widzisz tą fortecę po drugiej stronie ?
- Tą wielką kupę śniegu.
- To forteca!
- Dobra dobra widzę tę fortecę.
- Tam siedzi Blaise i Teodor. Robimy zasadzkę na Fletchleya, Macmillana i Smith.
- Bo ?
- Bo są cieniasami, a panoszą się po dziedzińcu jakby byli czystej krwi.
- Z tego co wiem to Macmillan i Smith są.
- Nie ważne. Na znak Blaisa uderzamy.
- Nie byli na mojej liście, ale skoro jest okazja to wchodzę w to. Kto jest następny ?
Nie zdążył mi odpowiedzieć bo Zabini krzyknął na nich i Malfoy wybiegł z kryjówki jak poparzony. Nie pozostało mi nic innego jak wybiec za nim. Z wielką radością uformowałam kulę śniegu i rzucałam w nasz cel. Korzystając z okazji, że Smith obrócił się do mnie tyłem rzuciłam mu się na plecy przez co wylądował twarzą w śniegu. Sama nie wiem czemu to zrobiłam, ale podniosłam się z jego pleców i z dziwacznym śmiechem pobiegłam do fotecy. Chwilę po mnie przybiegła reszta.
- Nie wiedziałem, że angażujemy w nasz plan dziewczyny – sapnął Nott
- Tak jakoś wyszło – wzruszył ramionami Malfoy
- Chcę wiedzieć czemu rzuciłaś się na Smitha czy lepiej nie ? – zapytał z wielkim uśmiechem Zabini
- W sumie to sama nie wiem, ale jego głowa wylądowała głęboko w śniegu i to mi pasuje.
Zabawy w śniegu trwały dużo za długo, raz po raz zasadzaliśmy się na kogoś bez powodu, ale teraz starałam się na nikogo nie rzucać co było dość trudne, bo niektórzy wręcz się o to prosili. Przemoczeni do ostatniej suchej nitki postanowiliśmy wrócić do zamku. Plan był taki by przemknąć niezauważonym przy ścianie. Szłam jako ostania i na moje nieszczęście Draco tak jak obiecał zemścił się za śnieg na twarzy. Niczego nie podejrzewałam kiedy odwrócił się do mnie z wielkim uśmiechem dopiero po chwili dotarło o mnie, że to podejrzane ale było już za późno bo właśnie zaczął rozcierać na mojej twarzy ogromną kulę śniegu. Po tym incydencie wiedziałam, że nie podaruje mu tego i dopóki nie stopnieje śnieg będzie wojna.
Było mi strasznie zimno a wejście w sferę lochów jeszcze bardziej pogorszyło mój stan. Moje szczękanie zębami odbijało się od wszystkich pobliskich ścian. Chłopcy mieli jeszcze ochoty na żarty z Puchonów, a ja myślałam tylko o kominku w dormitorium. Bez słowa zostawiłam moich kompanów zbrodni w pokoju wspólnym i pognałam do sypialni.
- A któż to któż to. Ahhh to An! Ta co śniegu nie lubi schodzi z pobojowiska jako ostania.
- Nie ostatnia i nie z pobojowiska.
- Pobojowisko, tak mniej więcej określił to Smith kiedy szedł korytarzem lochów do Snapa.
- O nie! – oczami wyobraźni już widziałam jak profesor będzie kazał mi odśnieżać bez użycia różdżki drogę z zamku do głównej bramy, albo do chatki Hagrida.
- Spokojnie, nie zastał go. Nasz drogi opiekun miał widocznie ważniejsze sprawy niż siedzenie w swoim gabinecie i czekanie na skargi.
- A może jemu też jest zimno ?
- Myślę, że nie czuje różnicy w końcu jego serce jest równie zimne. Ty jak nie weźmiesz gorącego prysznica to też zostaniesz zimna na zawsze.
To przypomniało mi, że pomimo ciepła płynącego od ognia nadal jestem mokra od stóp do głowy. Płaszcz, czapkę, szal i rękawice rzuciłam pod kominkiem do wyschnięcia. Wyciągnęłam z kufra jak najwygodniejsze ubrania i pognałam do łazienki.
Zaczynam myśleć, że to chyba cud, bo niczego sobie nie odmroziłam a stojąc pod gorącą wodą myślałam że zaraz mi coś odpadnie.
Kiedy zrobiło mi się na tyle gorąco, że zaczęłam się pocić wyszłam spod wody. Przez tak intensywnie spędzony czas nawet ręcznik wydawał się bardziej miękki niż zwykle. Nie przedłużając chwil w łazience wróciłam do dormitorium gdzie nadal w niezmienionej pozycji siedziała Dafne. 
- Co robisz ? - zapytałam zaciekawiona. 
- Natchnęłaś mnie ostatnio swoimi długimi listami, że sama postanowiłam napisać do rodziców i siostry. 
- Wiem jak to jest być młodsza siostra siedząca w domu kiedy rodzeństwo bawi się w Hogwarcie. Pozdrów ją ode mnie. 
- Oczywiście, że pozdrowię. Z moich opowieści polubiła Cię. 
- Boję się co mogłaś opowiedzieć. 
- Same dobre rzeczy. 
- Mhm - jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tych dobrych rzeczy jakie Dafne mogła o mnie napisać nie to że robię same złe rzeczy, ale raczej rodzeństwu nie pisze się jaka to koleżanka z pokoju jest miła i pomocna. - A tak swoją drogą gdzie Pansy i Millicenta ? 
- Podobno w bibliotece. Pansy nie wytrzymała zbyt długo na śniegu, a Milli się chyba chowa przed Tobą bo boi się że będziesz zła że nie pobiegła za Tobą tylko do zamku. 
Przynajmniej wyjaśniło się co stało się z moją żywą tarczą, najzwyczajniej w świecie uciekła! Rozłożyłam się na moim łóżku z nadzieją na krótką drzemkę. Niestety nie doszło do niej ponieważ na moim brzuchu pojawił się Żabert z kartką przy obroży.
- A od kiedy Ty robisz za sowę ? - zapytałam zdziwiona mojego kota w odpowiedzi dostałam tylko groźne spojrzenie spod łba. - dobrze już dobrze biorą kartkę i możesz zmykać. 
Wyciągnęłam zawiniątko spod srebrnej obroży, a chwile później Żaberta już nie było. Byłam bardzo ciekawa od kogo ten liścik i kto wymyślił tak niekonwencjonalny sposób komunikacji. 

Mam nadzieje, że Żabert nie gniewa się na mnie za to, że go wykorzystałam ? Przekupiłam go rybą która „ukradłam" ze śniadania. Myśle, że tylko dlatego mi pomógł. 
Spotkajmy się dzisiaj o 17 przy posagu jednookiej wiedźmy (na czwartym piętrze) mam nadzieje, że wiesz gdzie to. Szkoda by było gdybyś przeze mnie naraziła się Filchowi oraz Snapowi. 
Do zobaczenia Lisa. 

Z Lisą nie widywałyśmy się już tak często jak na początku, ale nadal bardzo się lubiłyśmy. Zaprzyjaźniła się z osobami ze swojego domu tak jak i ja, więc miałyśmy mniej czasu dla siebie. Gdy miałyśmy dużo nauki a miałyśmy ochotę się spotkać to szłyśmy razem do biblioteki. Według naszego kominkowego zegara dochodziła 14, a więc miałam jeszcze chwile czas do spotkania jak i do obiadu. Zapytałam  również moją współlokatorkę czy wybiera się na obiad. 
Gdy tylko skończyła pisać listy do swojej rodziny udałyśmy się do Wielkiej Sali. 
- Anastazja idziesz z nami na drugą turę bitwy ? - przy wyjściu zaczepił nas Blaise.
- Nie ma mowy. Dopiero co się ogrzałam. 
- No weź... przydasz nam się. 
- Chcesz mnie wpędzić w szlaban ? Smith chciał na mnie naskarżyć Snapowi. 
- A to szuja! Po obiedzie go znowu dopadnę. 
Myśle, że jutro lepiej będzie się nie pokazywać w okolicach śniegu, bo połowa szkoły może mnie nienawidzić. 
Przy stole ślizgonów spotkaliśmy cały nasz rok, więc atmosfera była iście rodzinna. Może trochę za dużo na nich narzekam, bo dzisiaj spędziliśmy naprawdę miły obiad, bez obrażania, bez krzyków i marudzenia na zajęcia. Przyjdzie kiedyś czas, że chyba zacznę za nimi tęsknić... nieee jednak nigdy to nie nadejdzie w niektórych sprawach aż za bardzo się różnimy. 
Po obiedzie nadal w dobrych humorach razem wróciliśmy do pokoju wspólnego w którym panował straszliwy tłok. Przez to, że nie znaleźliśmy większego kąta aby usiąść dziewczyny poszły do swoich dormitorium a chłopaki do swojego. 
Rozłożyłam się na dywanie w naszej sypialni i przysłuchiwałam się rozmowy dziewczyn, które opowiadały o świętach w ich domach. Każda z nas mieszka w różnych zakątkach Anglii i mimo, że mieszkamy w jednym kraju to każda z nas obchodzi inaczej święta. Tak bardzo zatraciłam się w opowieści, że nawet nie zauważyłam kiedy wybiła 17. 
Równo z uderzeniem zerwałam się na nogi i bez tłumaczeń wybiegłam z dormitorium. Dawno chyba tak szybko nie biegłam chociaż bardzo często zdarza mi się spóźniać na zajęcia...
- Lisa! Przepraszam za spóźnienie. 
- Byłam na to przygotowana - jej śmiech niósł się po piętrze - nie ważne też przed chwila przyszłam. Mam dla Ciebie prezent nie wiedziałam czy spotkamy się przed przerwą, więc wręczam Ci je teraz. 
- Ejj ja jeszcze nie zapakowałam prezentu dla Ciebie! 
- Jakoś to przeboleję. Trzymaj 
- Dziewczyno co Ty tam włożyłaś ? Jest chyba cięższe niż Żabert. 
- Zobaczysz jak otworzysz. A co do Żaberta to mam nadzieje, że za bardzo się na mnie nie gniewa za ten liścik. 
- Nie martw się dostanie dodatkową porcje śniadania i mu przejdzie. 
Dopóki Filch nas nie przegonił siedziałyśmy przed posągiem i rozmawialiśmy. Lisa dała mi prezent już teraz ze względu na to, że rodzice zabierają ją ze szkoły tydzień wcześniej z powodu wyjazdu do Ameryki, gdzie mieszka jej ciocia. Opowiadała, że podoba jej się w Ravenclaw chociaż czasami jest za sztywno. Za to ja opowiedziałam jej jak byłam traktowana po meczu oraz o dzisiejszej bitwie na śnieżki. 

Kiedy zostałyśmy przepędzone każda rozeszła się w swoją stronę. 

środa, 16 października 2019

10. czekoladowa żaba

To ten dzień! To właśnie dzisiaj miał odbyć się pierwszy mecz Quidditcha. Slytherin miał się zmierzyć z Gryfindorem. Nie dość, że nie grałam to jeszcze miałam najgorsze miejsca, ponieważ rezerwowi zawsze siedzieli na dole i czekali na rozwój wydarzeń. Wszyscy mówili mi, że to wielka sprawa ale ja wiem, że ktoś kto ma chodź trochę ambicji to będzie to dla niego porażką. 
Na to wydarzenie mama przysłała Taylerowi swój stary aparat z którym mój brat chodził całą sobotę i robił mi mnóstwo zdjęć. A to jak jem śniadanie za co dostał od profesora Snapa minusowe punkty, co go oczywiście nie zniechęciło. Idąc całą drużyna na błonia szedł za nami i robił zdjęcia. Znalazł się nawet w tunelu kiedy wychodziliśmy na stadion. Jedyne co mi pozostaje to mieć nadzieje, że chociaż na jednym z tych zdjęć mam uśmiech. 
Profesor Hooch zaprosiła obie drużyny na środek a rezerwowym wskazała miejsca przy wyjściu z tunelu. 
Z daleka nie usłyszałam co przekazuje obu drużynom profesor, ale znacząco zerkała na Flinta być może prosiła go o grę bez fauli co rzadko mu się zdarza. 
Gra rozpoczęła się wraz z gwizdkiem. Ścigająca Gryfonów od razu przejęła kafla, byłam wściekła bo to była banalna sytuacja w której to my mogliśmy go zdobyć, ale to nie ja byłam na boisku i od tego momentu zaczęliśmy przegrywać. 
Flinta można łatwo zdenerwować i właśnie ta sytuacja tak na niego wpłynęła. Porwał kafla i sam pognał w kierunku obrońcy Gryffindoru, który zgrabnie obronił jego rzut. 
Tłuczki latały po całym boisku a pałkarze starali się zrzucić z mioteł najlepszych zawodników drużyny przeciwnej. Wydaje mi się, że nigdy nie widziałam tak zaciętego meczu. Cała gra toczyła się na faulach i pojedynczych trafieniach. 
Dopóki... los się do mnie nie uśmiechnął. Montague dostał z tłuczka od jednego z rudych bliźniaków i zemdlał, to właśnie była moja szansa.  Ledwo pani Pomfrey ściągnęła go z boiska a ja już byłam w powietrzu. 
- Shafiq nie nawal to Twoja jedyna szans - krzyknął kapitan.
Nie musiał dwa razy mówić doskonale wiedziałam, że albo teraz pokaże się z dobrej strony albo już do końca semestru nie znajdę się na boisku. 
Kiedy wzbiłam się w powietrze przegrywaliśmy 80:30 a moim zadaniem było wyrównanie wyniku.
Zanim wpadłam w amok gry usłyszałam komentatora; „ Shafiq nowy nabytek Slytherinu, ależ ona lat na miotle! Rownieśniczka Pottera co za rok!" 
A dla mnie liczyło się tylko zdobywanie punktów i unikanie tłuczków, które miałam wrażenia że mnie prześladują. 
Różni ludzie mieli różne „Hogwarts dream” ten był właśnie mój.


***
Teraz kiedy jest już po meczu i spokojnie leżę w moim łóżku zastanawiam się czy jest to możliwe, że moimi trafieniami doprowadziłam do 80:70 czyli w przeciągu kilkudziesięciu minut zdobyłam 4 trafienia, a gdyby nie Wood było by tego więcej. Kiedy to przez połowę meczu nasi ścigający zdobyli tylko 3 trafienia. Moglibyśmy wygrać ten mecz gdyby nie... Potter.
Myślę, że grałam mecz mojego życia, wszędzie było mnie pełno; zdobywałam kafla, podawałam go dalej, strzelałam. Podczas jednej z naszej akcji widownia nie obserwowała nas, a patrzyła gdzieś nad nami w niebo i pokazywali sobie coś palcami.
Podałam kafla Flintowi, a mój wzrok powędrował w górę. Nad nami latał Potter, a raczej starał się utrzymać na miotle, która rzucała w nim we wszystkie strony. Instynktownie się zatrzymałam i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń nie to co nasz kapitan, który o fair play nigdy nie słyszał. Kiedy większość drużyny Gryffindoru starała się ściągnąć swojego szukającego z miotły, Marcus trafiał kaflem w niebronione obręcze przeciwnej drużyny. To że prowadziliśmy już 80:100 nie miało dla nikogo znaczenia no może oprócz osób ze Slytherinu.
Przy stanie 80:110 Wood zorientował się co jest grane i wrócił do gry, chodź cały czas wykrzykiwał do profesor Hood, że to niesprawiedliwe i ma przerwać mecz. Gdy wydawało się, że sytuacja jest już opanowana i wróciliśmy do gry. Potter wylądował na trawie pod nami i zbierało mu się na wymioty. Przez cały stadion rozniosło się echo śmiechów ślizgonów dla których ta sytuacja była bardzo komiczna. 
Śmiechy ucichły kiedy Harry Potter wypluł złoty znicz. W salwie oklasków uniósł go do góry a my już wiedzieliśmy że przegraliśmy mecz. 230:110. 
Kiedy schodziliśmy do szatni Flint był tak wściekły, że nikt z drużyny nie był na tyle odważny by iść z nim w równym kroku. Jego przemówienie w sztabu wolałabym zapomnieć. Nigdy nawet nie słyszałam tylu niecenzuralnych słów.  
Nie miałam nawet ochoty się przebierać tylko po wysłuchaniu samych najgorszych rzeczy na swój temat, bo oczywiście nasz drogi kapitan nikogo nie oszczędził oprócz siebie, szłam prosto do pokoju wspólnego. 
- Hej Ann poczekaj! - wybiegł za mną Terence. 
- Wracam do dormitorium, jestem zmęczona - mruknęłam nie zwalniając kroku. 
- Wszystko w porządku ? 
- Wiesz ja mam 11 lat a Flint chyba o tym zapomina, wiem sama chciałam być traktowana normalnie jak każdy z was, ale to co dzisiaj powiedział to już była przesada. Jakby to była moja wina, że Montague jest beznadziejnym ścigającym i przez połowę meczu nie potrafił zdobywać punktów a później jeszcze teatralnie spadł z miotły albo to, że Potter zdobył złotego znicza przecież to nie ja wpakowałam mu go do ust. 
- Żadna z tych rzeczy która wydarzyła się na boisku nie jest Twoją winą. Byłam naprawdę dobra i tego powinnaś się trzymać. Flint taki jest i nawet jeśli wygramy on i tak wszystkich zbluzga. Słyszałaś jak mi się dostało za to, że bliznowaty prawie połknął znicz jakby to była moja wina. 
- Dzięki Terence, a teraz serio idę do dormitorium bo padam z nóg. 
- Nie ma sprawy ja poczekam jeszcze za chłopakami. I nie martw się byłaś naprawdę dobra. - wymusiłam z siebie jak najładniejszy uśmiech i ruszyłam do lochów. 
Kiedy teraz tak o tym myśle to lochy chyba jeszcze nikomu nie poprawiły humorów a może i jeszcze bardziej zdołowały. 
Podałam hasło i już po chwili znalazłam się w zatłoczonym pokoju wspólnym. Nie miałam ochoty patrzeć na tych wszystkich ludzi, a jeszcze bardziej wszystko pogarszał mój strój do Quidditcha w tym momencie żałowałam, że nie przebrałam się w szatni. Kiedy pod naciskiem spojrzeń całkiem obcych mi ludzi dotarłam do schodów, Malfoy i jego koledzy zagrodzili mi drogę. 
- Możesz się jutro ze mnie ponabijać ? Teraz jestem naprawdę zmęczona - jęknęłam 
- Wiesz tak mnie zastanawia jak to jest przegrać z Potterem, który nigdy nie latał na miotle. 
- Powinieneś doskonale o tym wiedzieć w końcu pokazał Ci swoją próbkę umiejętności na pierwszej lekcji latania. 
- Tylko mnie nie oglądała cała szkoła. 
- Tak masz racje tylko gdyby nie Ty to byśmy dzisiaj wygrali a tak to wyzwoliłeś w nim wszystko co najlepsze związane z Quidditchem. A teraz serio zejdź mi z drogi... 
- Jeszcze jutro się zobaczymy Shafiq. 
- Nie mogę się doczekać Malfoy. 
Stałam jeszcze chwile w miejscu zastanawiając się jak długo wytrzymam z tak zachowującym się Malfoyem... ale postanowiłam dłużej o tym nie myśleć, bo do pomieszczenia zaczęła wchodzić reszta drużyny. 
W dormitorium spotkałam wszystkie moje współlokatorki. 
- Jesteśmy z Ciebie dumne kochana - przytuliła mnie Dafne. 
- Dokop jeszcze trochę tym facetom - krzyknęła Milli 
- Gdybyś nie była w Slytherinie to chyba połowa szkoły by Cię uwielbiała - pisnęła Pansy. 
- Bez przesady - mruknęłam coraz bardziej zmęczona tymi rozmowami. 
- Twój brat robi Ci w szkole taką reklamę, że gdyby były u nas jakieś wybory to napewno byś wygrała - stwierdziła Millicenta 
- Jakie wybory ? - zdziwiła się Parkinson 
Kiedy Milli zaczęła tłumaczyć czym są wybory ja czmychnęłam szybko do łazienki. 
Szaty z meczu wrzuciłam do kosza na brudne ubrania i z wielka przyjemnością weszłam pod prysznic. 
Korzystałam z tej chwili jak najdłużej i w duchu dziękowałam dziewczynom że żadnej nie śpieszy się do kąpieli. 
Po dość długich minutach owinięta w ręcznik wyszłam z łazienki. 
- Nareszcie jesteś, nie chciałyśmy Ci przeszkadzać, ale ta sowa mocno się niecierpliwi - Dafne wskazała na moje łóżko gdzie siedziała rozgniewana sowa.
- Brzęczyk! - pisnęłam zadowolona bo doskonale wiedziałam, że zwiastuje to list od rodziców. 
Podeszłam do sowy i podrapałam go pod lewym skrzydłem, niestety to mu nie wystarczyło więc zaczął dziobać mnie w nogę. 
- Dobra już dobra zaraz znajdę coś dla Ciebie. 
Podeszłam do mojego stolika nocnego z nadzieja że znajdę tam coś dla sowy, ale niestety miałam samo pożywienie dla kotów. 
- Musisz udać się do sowiarni jeśli jesteś głodny. - szepnęłam do sowy. 
Moje słowa nie spodobały się Brzęczkowi huknął zdenerwowany wyrzucił list na łóżko i wyleciał przez uchylone okno. 
- Śmieszną masz sowę - zachichotała Milli. 
Zaśmiałam się na tę uwagę, ponieważ każdy kto spotka sowę mojej rodziny tak reaguje. 
Jak najszybciej przebrałam się w piżamę i usiadłam na łóżku aby przeczytać list od rodziców. Dziewczyny w tym czasie zaczynały szykować się do spania. 
Pierwsze co wpadło mi w oczy kiedy otworzyłam kopertę była fotografia moich rodziców oraz dziadków z obu stron przebranych w szaliki, czapki i choragiewki w kolorach Slytherinu. Bardzo rozbawiła mnie ta fotografia, bo wiem ile musiało ich kosztować założenie tego wszystkiego i szczere uśmiechanie się. 

Droga Anastazjo, 
Wysyłamy list jeszcze przed meczem i mamy nadzieje, że zagrałaś oraz że byłaś najlepsza. Dobra zawsze jesteś najlepsza w końcu jesteś moją córką. Nie napisałem, że mam nadzieje na waszą wygraną, bo moje Gryfońskie serce na to nie pozwala, ale trzymam mocno kciuki za Ciebie. Po cichu liczę, że któryś spadnie z miotły i będziesz mogła pokazać tym ze Slytherinu jak naprawdę gra się w Quidditcha. 
Co do zdjęcia to była niezła zabawa. Trzeba było zaklęciem zawiesić te szaliki na szyjach dziadków, bo nie chcieli się na to zgodzić. Teraz mam gorszy problem... nie umiem tego odczarować i od paru dni chodzą z tymi szalikami i wyklinają mnie. Cóż może jak wrócicie na święta to nadal będą w kolorach Twojego domu! 
Chociaż z tego co mówiła mama to babcia Rolanda pisała list do Dumbledora czy zna jakieś zaklęcie na to, oczywiście w liście musiała mnie co drugie zdanie obrazić. Myśle, że babcia bardzo poprawi humor profesorowi, jeżeli nie wysłała mu tego zdjęcia to kiedy będziesz miała okazje pokaż mu je i powiedz jak bardzo zdolnego masz tatę. 
Muszę kończyć ten list, bo jestem w pracy, a wiesz jak minister wpadnie do mojego gabinetu to będzie problem. (W tym miejscu tekst był krzywy nie nie mam pojęcia co było napisane). Przepraszam za to wyżej, może się rozczytasz, ale tak mnie rozbawiło fakt, że minister miałby przyjść do mnie, że nawet prawie się popłakałem. 
Kocham Cię córeczko! 
Ps Myślałem, że jak będę w domu to coś dopisze, ale wyczerpałem moje myśli w pracy... 

Jedna kartka listu należała do taty, a były jeszcze trzy... Czyżby aż tak mama za mną tęskniła ? 

Cześć myszko! 
Mam wam coś do powiedzenia i mogłabym wysłać 3 listy mówiące o tym, ale poczekam do świąt. Nie martw się to nic strasznego! A przynajmniej ta tajemnica będzie zachęcała Cię do powrotu. Pewnie w Hogwarcie świetnie się bawisz... ach pamietam jak to było. 
Generalnie te listy powstają żeby wyrazić nasze wsparcie odnośnie meczu. Nie stresuje się mam dobre przeczucia. Mam nadzieje, że otrzymasz je przed meczem a nie już po... Brzęczyk się starzeje i będzie trzeba dokupić mu kompana aby trochę odżył. W ogóle jak tam Żabart ? Tata już pewnie o to zapytał, ale niech będzie też się chętnie dowiem 
Po przeczytaniu tego fragmentu uświadomiłam sobie, że tata zapomniał o Żabercie! Oj ojcze chyba potrzeby będzie wyjec dla Ciebie. 
Powoli zaczynam już myśleć co ugotuje na święta jak przyjedziecie. Cieszę się jak mała dziewczynka na te święta. 
Dobra bo już się rozgaduje o nie istotnych rzeczach, a przecież miałam wysłać wsparcie dla Ciebie. 
Jak widziałaś zdjęcie to każdy mocno Ci kibicuje pomimo domu, bo pamiętaj że kocha się pomimo czegoś, a nie za coś. A więc babcia Christina uszyła te piękne szale Slytherinu i to bez pomocy skrzata! nie mów jej tego, ale średnio wąż przypominał węża... 
Był ubaw również by robieniu transparentu do którego wziął się dziadek Leon z dzieckiem Frankiem. Dzięki nim kolor naszego salonu jest szmaragdowy, tak właśnie kończy się nie właściwe użycie czarów! Musimy to przemalować tylko boje się, że będzie tak jak z tymi szalikami, że jak dziadkowie raz założyli to już ich nie mogą ściągnąć i już na zawsze nasz salon pozostanie zielony, a Twój ojciec naprawdę ma alergie na ten kolor, więc siedzi albo w kuchni, albo w gabinecie i za nic nie mogę go przekonać aby posiedział ze mną w salonie. 
Nie musisz się martwić, że Twoim staruszkom się nudzi, bo jak widzisz wcale tak nie jest. 
A! Mam również nadzieje, że nie jesteś zła za wysłaliby Taylerowi mojego starego aparatu. Potrzebujemy nowych zdjęć do albumu także kazałam robić zdjęcia wszystkiemu. 
Bardzo bardzo Cię kocham i nie mogę doczekać się świąt. Mama 

Dobrze skoro na tym kończy się list od mamy to co jest na kolejnych kartkach ? 

Anastazjo! To nasz pierwszy list do Ciebie i jesteśmy bardzo podekscytowani od skończenia przez nas Hogwartu minęło już dużo za dużo lat. Ach co to były za czasy. My nie jesteśmy teraz ważni jeżeli będziesz chciała opowiemy Ci nasze przygody podczas świąt. A teraz piszemy aby dodać Ci otuchy podczas meczu Quidditcha! Dziadek tak się ekscytuje, że muszę go pilnować aby nie teleportował się do Hogsmead, bo nie wiem czy wiesz ale w Hogwarcie nie można się teleportować! Dobra dobra bo wychodzi już ze mnie natura Ravenclaw, a dziadek stoi nade mną i mówi, że mam nie schodzić z tematu. Mimo tego w jakim jesteś domu mamy nadzieje, że wygrasz i dasz popalić chodź raz tym z Gryffindoru. Te szaliki to totalny niewypał, a z Twojego taty to straszny troll, nie rozumiem jak mógł to zrobić! List do Dumbledore już poszedł mam nadzieje, że on coś na to poradzi, bo zaczynam myśleć że ludzie na mieście mają nas za śmierciożerców! Co za katastrofa. 
Wybacz moje pismo, ale babcia się za bardzo zdenerwowała i nie dokończy pisania. Naprawdę z całego serca Ci kibicujemy i mamy nadzieje, że zagrasz. 
Kochamy Cię, babcia Rolanda i dziadek Frank. 
PS Już mi lepiej, babcia. 

No dobrze, a więc listu są od dziadku. Został ostatni od rodziców taty. 

Ann kochanie! 
Mamy nadzieje, że masz dużo przygód w Hogwarcie i nie spędzasz za dużo czasu na nauce! Pamiętaj, że to są Twoje najlepsze lata więc szalej. 
Dobra oddaje już pióro babci... 
Mimo zabawy i przygód pamiętaj, że nauka też jest bardzo ważna! Nie słuchaj za bardzo dziadka bo nadal myśli, że ma 15 lat i może się bawić. Mam nadzieje, że podobało Ci się jakie zrobiła szaliki, przesiedziałam nad nimi od momentu kiedy dowiedzieliśmy się, że jesteś w drużynie! Nasz skrzat tylko czasami podpowiadał mi co dalej robić. Teraz muszę chodzić z moimi wypocinami na codzień... i jeszcze ta okropna zieleń na rękach Twojego dziadka... Mam wrażenie, że Salazar zemścił się na nas za te lata zniewagi w czasie nauki. Trzymamy za Ciebie mocno kciuki i nie martw się przegraną z Gryfonami zawsze ciężko wygrać. Zdobywaj punkty i pokazuj innym jak naprawdę gra Shafiq w Quidditcha. Możesz również odwiedzić Izbę Pamięci i zobaczyć nagrody naszych rodzin. Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy z Tobą i bardzo Cię kochamy. 
Trzymaj się, babcia Christina i dziadek Leon. 

Przede mną leżą cztery listy pełne miłości i jedna fotografia z różnymi historiami. Żałuje, że nie dostałam tych listów wcześniej czułabym pewnie większe wsparcie i pewność siebie. Chodź bardzo poprawiły mi humor i ogrzały trochę te lochy. 
Nie spodziewałam się aż tylu listów i jestem przerażona, że na wszystkie będzie musiała odpisać i wszystkim opowiedzieć ten mecz. 
Schowałam listy pod poduszkę aby ciepłe słowa od rodziny wpłynęły mi do głowy podczas snu. Pożegnałam się z dziewczynami i nareszcie zakończyłam ten długi, męczący oraz trudny dzień. 

16. czekoladowa żaba

  Było już tak gorąco, że pokochałam lochy. Jedyne miejsce w całym zamku gdzie nie było duszno. A już jutro rozpoczynają się nasze pierwsze ...