środa, 22 kwietnia 2020

14. czekoladowa żaba

  Święta minęły bardzo szybko. Czy one zawsze tak mijały ? Niestety na dworzec nie mogli odprowadzić nas rodzice, ponieważ byli w pracy.
- Czy wszyscy są gotowi ? – krzyknął dziadek z holu.
- Jeszcze chwila, gdzieś zgubiłam różdżkę! – odkrzyknęła Maya.
- Nie miałabym już cierpliwości do dzieci – szepnęła babcia Rolanda.
Chwała Merlinowi, że Żabert się rozleniwił i nie muszę go terasz szukać, bo chyba bym się popłakała ze stresu.
- Macie minutę inaczej nie pojedziecie na ten semestr do szkoły! – dalej dziadek krzyczał.
Wzięłam pudełko z Żabertem do jednej ręki, a kufer do drugiej. W tym roku szkolnym oprócz mózgu wytrenuje też mięśnie rąk.
- Frank! Pomóż Ani – tego skrótu mojego imienia używała tylko babcia a szkoda, ponieważ było bardzo urocze.
- Dziecko nie dźwigaj tyle – zmartwił się dziadek.
- W pociągu nikt mi nie pomoże, więc muszę sobie radzić od początku sama.
- Tay! Dlaczego nie pomagasz siostrze ?
- Babciu nie jestem dzieckiem, daje sama radę.
- Jesteś damą i nie powinnaś sama dźwigać.
- Ta Pierwsza Dama Slytehrinu – szepnęłam do siebie.
Po dłuższym czasie niż minuta wszyscy stali w holu naszego domu. A mieliśmy szybko pojawić się na dworcu... wyszło inaczej, ponieważ dziadek postanowił dać nam jeszcze wykład na temat teleportacji. Czy on nie wie, że robimy to wspólnie odkąd skończyliśmy kilka lat?
Dosłownie 3 minuty przed odjazdem pociągu pojawiliśmy się na Kings Cross. Umrę w młodym wieku na zawał serca! Dziadkowie wymyślili nową dyscyplinę sportu, bieg z kuframi przez ludzkie przeszkody.
Wchodząc do pociągu miałam zadyszkę równie głośną co lokomotywa.
- Owocnej nauki! – krzyknęła za nami babcia.
- Nigdy więcej nie chcę aby dziadkowie odprowadzali nas na dworzec – narzekała Maya
Ostatni raz pomachaliśmy dziadkom i każde poszło w swoją stronę. Byłam miło zaskoczona kiedy okazało się, że dziewczyny zajęły dla mnie miejsce.
W sumie miałyśmy cały przedział tylko dla siebie. Rozłożyłam się na dwóch siedzeniach i ostrzegłam, że aż do Hogsmeade się nie ruszam.
Po dotarciu do celu myślałam, że skoro nie ma już tyle śniegu co przed świętami to do zamku dotrzemy łodziami, jednak zawiodłam się i znów podążaliśmy do powozów.
W zamku tradycyjnie czekała na nas kolacja tak obfita, że skrzaty nie miały co robić więc przygotowały wielką ucztę.
„I znów zimne lochy" pomyślałam idąc do naszego dormitorium. Będąc w ciepłym i przytulnym domu odzwyczaiłam się od tych zimnych ścian.
- Hej Anastazja! Chyba nie zapomniałaś o swoim najlepszym kumplu ?!
- O Draco ? Nigdy.
- Aha.
- Żartuje Blaise, fajnie Cię znowu widzieć. Jak tam święta ?
- Ciebie też fajnie widzieć, nawet trochę się stęskniłem. A świta wolałbym spędzić w Hogwarcie.
- Dlaczego ? Co się stało ?
- Wiesz poznałem swojego nowego „tatusia".
- Może ten nie będzie, aż taki zły ?
- A może zniknie przed wakacjami ?
- Oj Blaise, nie może być, aż tak źle.
- Może. Nie ważne, nie chce sobie psuć humoru. Jak tam Twoje święta ?
- Tradycyjnie trochę kłótni z siostrą, gry i dużo jedzenia.
- Zazdroszczę.
- Zapraszam na następne święta.
- Jego matka nie zniosłaby tak długiej rozłąki z jedynym synem. – do rozmowy dołączył się Draco teatralnie łapiąc się za serce.
- Ty to kretyn jesteś – mruknął Zabini
- Blaisiaczku nie złość się.
Blaise chciał walnąć Malfoya, ale ten mu uciekł.
- Uciekaj masz rację! Jak Cię dorwę to już nikt Cię nie pozna.
I tyle ich obu widziałam. Mimo wszystko miło tu wrócić.
Weszłam do dormitorium dziewczyn i rzuciłam się na łóżko. Okazuje się, że byłam bardzo zmęczona dzisiejszym dniem.
- Dlaczego Blaise i Draco się biją ? A właściwie próbują, bo na razie wyglądają jak dwa kurczaczki – zapytała Dafne.
- Draco nazwał go Blaisiaczkiem – odparłam.
- Ooo uroczo. Mama też tak dzisiaj do niego powiedziała na stacji.
Sprawa Blaisiaczka się rozwiązała, chodź myślę, że każdy kto usłyszał to zdrobnienie chociaż raz go użyje.
***
Poniedziałek 6 stycznia kolejny początek nauki magii. O 7 rano kiedy Mili zaczęła się przygotowywać do nowego dnia zaczęłam żałować, że przez ostatnie kilka tygodni tak długo spałam. Teraz miałam ogromny problem żeby wstać.
Moją największą motywacją okazało się to, że zaczyna się nowy semestr i profesor Snape będzie rozdawał nowe plany lekcji.
Wlokąc nogę za nogą ruszyłam do Wielkiej Sali. Z tego co zdążyłam zauważyć to nie tylko ja wyglądałam jak zombie. Przed wejściem na śniadanie czekał na mnie Flint.
- Shafiq od następnego poniedziałku zaczynamy treningi.
- Przecież jest zima – jęknęłam.
- Nigdy więcej dziewczyn w drużynie – mruknął i odszedł.
Oficjalnie nasz kapitan oszalał. Czy on myśli, a nie mowa o Flinie on nie myśli. Nie ważne.
Przy stole Slytehrinu panowała praktycznie cisza, większość uczniów podpierała głowę ręką i męczył swoje śniadanie.
Zdążyłam zjeść jedną kanapkę i pojawił się nasz ukochany nauczyciel. Z typową dla siebie miną rozdał plany i życzył smacznego. Okazuje się, że nasz plan aż tak bardzo się nie zmienił.
Niektóre lekcje pozamieniały się godzinami i odpadło nam latanie na miotle        
Niektóre lekcje pozamieniały się godzinami i odpadło nam latanie na miotle.
***
Zamiast śniegu, padał deszcz i sama nie wiem co było gorsze. Flint na wszystkich krzyczał dla samej przyjemności, a to zdecydowanie nie poprawiało naszych humorów. Pierwszy mecz w tym semestrze graliśmy z Ravenclaw gdzie obrońcą jest mój brat. Bardzo chciałam i bardzo nie chciałam grać w tym meczu. Nie chciałabym grać przeciwko mojemu bratu, ale chciałabym na stałe być w drużynie.
Ostatni trening przed meczem był bardzo mokry o jedyne o czym marzyłam to ciepła kąpiel i moje łóżko.
- Shafiq narada! – krzyknął Flint z szatni kiedy chciałam udać się już do zamku.
Jeszcze po żadnym treningu nie zostałam w szatni. Powody były dwa nikt szczególnie nie chciał ze mną rozmawiać oraz ja nie szczególnie chciałam oglądać jak się przebierają.
- Twój brat gra na obronie Ravenclaw ? – zapytał kapitan.
- Tak.
- Brawo wchodzisz do pierwszego składu.
- Co ?! – poderwał się z miejsca Montague, którego miejsce w drużynie było najbardziej zagrożone.
- Tak to. Siadaj Graham.
- Mieliśmy umowę.
- Umowy czasami wygasają.
Montague zaczął celować we Flinta swoją różdżką na co Marcus się zaśmiał.
- Graham jeśli nie chcesz wylecieć z drużyny to chowaj różdżkę i siadaj.
Ścigający analizował czy warto potraktować kapitana jakimś zaklęciem czy lepiej usiąść. Wybrał tą drugą opcję.
- Świetnie. Kto może lepiej nać grę brata jak nie rodzona siostra ? – Flint położył rękę na moim ramieniu – Mimo iż moglibyśmy z nimi wygrać bez naszej tajnej broni to chcę wygrać największą możliwą ilością punktów, więc Terence nie łap za szybko znicza, ale go kontroluj.
Po słowach Flinta zaczęłam mieć wątpliwości czy uda mi się pokonać Taylora. I jeszcze ta ręka Flinta!
- Jakieś pytania ?
- Co jeżeli nie wystawią brata młodej ? – jak miło wiedzieć, że znają moje imię...
- Wystawią, bo nie spodziewają się, że ją wystawię.
- Wiecie nadal tu jestem. I dla Twojej informacji Pucey mam na imię Anastazja.
- Nie ważne – mruknął wyżej wymieniony.
- Ok. Ważniejsze jest to, że Marcus Twoja teoria działa w dwie strony. Doskonale wiem jak broni mój brat, ale on też doskonale wie jak gram w końcu przez pół życia to z nim grałam.
- Przyjdź jutro o 16 na boisko. Bletchley Ty też, będziesz bronił. Shafiq trochę pozmieniamy to co umiesz.
- Skoro jej brat i tak wie jak gra to po co dodatkowy trening skoro ja mogę zagrać ? – wtrącił się Graham.
- Ja jestem kapitanem i ja decyduje kto gra. Chcę, żeby Shafiq zagrała w tym meczy to zrobi to. Zrozumiano ?
Leżałam w łóżku i zastanawiałam się co się wydarzyło w tej szatni ?! Nie ufam Flintowi i jego chęć tego żebym zagrała jest podejrzana. Chciałam o tym porozmawiać z Terencem, ale nie maiłam okazji. Dziewczyny każą mi się nie przejmować, bo gram. Z Blaisem nie rozmawiałam, bo wiedziałam, że jak to zrobię to Draco też się o tym dowie i pójdzie reakcja łańcuchowa.
Przed zakończeniem eliksirów Snape przy całej grupie poprosił mnie do siebie.
Doskonale widziałam uśmieszek Draco, szeptanie gryfonów i zdziwione miny ślizgonów. Snape odwrócił się plecami do sali, a twarzą do mnie.
- Panno Shafiq, Marcus Flint poprosił mnie o wyrażenie zgody na dodatkowy trening po dzisiejszych zajęciach. O to moja pisemna zgoda, proszę ją przekazać panu Flintowi i niech lepiej się pani jutro postara.
- Jak zawsze panie profesorze.
- Lepiej niż zawsze. Wracaj na miejsce.
Ledwo usiadłam w ławce, a Malfoy zaczął do mnie mówić.
- Przekupujesz profesora o lepsze oceny ?
- Nie, typujemy kto pierwszy wyleci ze szkoły Ty czy Potter. I zgadnij co ?
- Co ?
- Wygrywasz.
O 16 jak prosił Flint stawiłam się z naszym obrońcą na boisku. Na nasze szczęście nie padał deszcz i zapowiadało się, że jutro podczas meczu też nie będzie.
Przez cały trening Marcus krzyczał na mnie tyle, że na końcu się od tego przyzwyczaiłam. Flint starał się mnie nauczyć grać od nowa, ale miałam swoje wyuczone schematy.
Po dwóch godzinach jego nauki nie byłam nawet pewna czy umiem jeszcze rzucać kafel.
- Dobra robota Shafiq, będą z Ciebie jeszcze ludzie – kapitan poklepał mnie po plecach i wszedł do pokoju wspólnego.
Zdziwiły mnie te słowa do tego stopnia, że stanęłam przed ścianą i nie weszłam do środka. Dopiero kiedy Bletchley krzyknął za mną, ocknęłam się.
Rano w dzień meczu stresowałam się tak bardzo, że nawet śniadanie nie chciało mi przejść przez  gardło.
- Musisz jeść, bo tłuczki zrzucą Cię z miotły – namawiał mnie do jedzenia mój przyjaciel.
- Blaise ma rację – poparła go Dafne.
- Przecież ja nie dam rady pokonać Taylora – mruknęłam.
Moją małą tradycją przed meczem była rozmowa z moim bratem teraz z przyczyn wiadomych nie mogłam tego zrobić. Według planu Flinta nikt miał nie widzieć, że to ja dzisiaj gram, czy to się udało ? okaże się podczas meczu.
Z miękkimi kolanami ruszyłam do naszej szatni. Przechodząc przez błonia miałam wielką ochotę ruszyć biegiem w stronę zakazanego lasu i już tam zostać, aż do końca szkoły.
- An! Poczekaj – z zamku wybiegła moja siostra – list od rodziców przyszedł przed chwilą do Ciebie.
Ten list to było jedyne co mogło mnie dzisiaj uratować. Podziękowałam siostrze i już pewniejszym krokiem weszłam do szatni. Okazało się, że byłam pierwsza co bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na jednej z ławek i otworzyłam list.
Kochanie,
Może powinienem napisać ten list do Ciebie i do Taylora, ale wiem, że Tobie przyda się bardziej. Nie wiem czy zagrasz w tym meczu bardzo liczę, że tak a wiesz czemu ? bo twój brat uważa, że to on nauczył Cię grać w ten najlepszy sport, a to przecież nie jest prawda. Pamiętasz kto pierwszy posadził Cię na miotle ? Ja! Twój tata. Pokaż Taylorowi jak się gra! (tylko nie mów mamie, że takie rzeczy do Ciebie piszę, bo da mi kare na galaretki). Czekam na Twój list po meczu. Trzymam mocno za Ciebie kciuki i pamiętaj kto Cię tego nauczył. Pozdrów Żaberta.
Kocham Cię tata.
Kocham tego człowieka, bardziej niż czekoladowe żaby! Tak naprawdę to oboje nauczyli mnie grać w Qudditcha, ale widać kto chce mieć większe zasługi w tym. Dla przyjemności taty postaram się chociaż coś trafić Taylorowi.
Mecz rozpoczął się na dobre. Okazuje się, że nie spodziewali się, że będę grała chodź brali to pod uwagę. Chciałam się na początek nie wychylać i zobaczyć jak się ma sytuacja, niestety Flint miał inny plan pierwszy kafel jaki poleciał był do mnie. Uniknęłam tłuczka i odrzuciłam kafla Flintowi, który zamarkował strzał, a następnie odrzucił kafla mi. Nie miałam innego wyjścia jak strzał. Nie wiem czy Marcus tego nie widział, ale byłam w tak strasznym położeniu, że nie było żadnej szansy abym to trafiła.
- Shafiq co Ty wyprawiasz ?! – krzyknął Flint.
Chciałam odkrzyknąć mu coś niemiłego, ale już w moją stronę leciały tłuczki. Umknęłam w prawo i zderzyłam się ze ścigającym Ravenclaw, który przez to stracił kafla to się nazywa szczęście w nieszczęściu. Czekałam na gwizdek pani Hood, ale nic takiego się nie wydarzyło.
- Wracaj Shafiq na pozycję – krzyknął nasz pałkarz.
Czy oni się na mnie uwzięli ? Po raz kolejny dostałam kafla w fatalnej sytuacji na szczęście teraz w moim zasięgu był Pucey i to jemu mogłam go podać.
Nasza gra zaczęła wyglądać lepiej po tym jak Marcus przestał opierać wszystkie podania na mnie. Kiedy pałkarze przeciwnej drużyny zorientowali się, że ślizgoni nie grają już na mnie zmienili swój obiekt, a ja mogłam podlatywać bliżej mojego brata.
Mecz skończył się oczywiście naszą wygraną, ale nie była ona tak okazała jakby sobie życzył Flint, a ja nie zostałam bohaterką tego meczu. Oczywiście połowa strzałów jaka wpadła mojemu bratu była moja, ale wiem, że nie takie były oczekiwania względem mnie. Lądując na boisku miałam obawy, żeby pójść do szatni. Wiedziałam, że wszystkie żale jakie się wyleją trafią na mnie.
- Shafiq miałaś grać, a nie udawać – krzyknął Flint kiedy ledwo weszłam do pomieszczenia.
- Jeżeli widzisz, że ktoś jest kryty ze wszystkich stron to chyba mu nie podajesz co ?!
- Skoro nie umiesz sobie poradzić z przeciwnikami to jak chcesz grać w Qudditcha.
- Marcus przesadzasz – wtrącił się Terence – latałem nad wami i widziałem wszystko dokładnie. Anastazja ma rację w wielu sytuacjach miałeś wolnego Adriana, a i tak grałeś na nią.
- Była głównym punktem to jak miałem nie grać ?!
- Wczoraj uważałeś inaczej. Jeżeli chciałeś zmienić plan to powinieneś mnie o tym powiadomić, a nie obwiniać mnie.
- Ma rację – mruknął Bletchley.
Najbardziej z tej całej dyskusji zadowolony był Montague, który wiedział, że na kolejny mecz już na pewno wróci do gry. Drużyna była podzielona na tych, którzy bali się Flinta więc go popierali i na tych, którzy widzieli jak wygląda mecz i popierali mnie.
Jako pierwsza wyszłam z szatni, ponieważ nie miałam zamiaru już więcej słuchać tego, że nie potrafię grać. Zaczęłam myśleć, że to był właśnie plan Marcusa, dlatego tak bardzo chciał, abym grała. Teraz miałby pretekst, żeby mnie wyrzucić z drużyny, ale nie spodziewał się, że część drużyny może też stanąć za mną.
W pokoju wspólnym zebrał się cały Slytherin, aby świętować nasze zwycięstwo. Było dziwnie kiedy weszłam do środka i wszyscy zaczęli wiwatować. Zawstydzona schyliłam głowę i pomknęłam do dormitorium. Rzuciłam moją miotłę pod łóżko i udałam się prosto do łazienki to było jedyne miejsce gdzie nikt mi nie będzie przeszkadzał przez najbliższe 30 min.
Po gorącej kąpieli trochę się uspokoiłam i postanowiłam zejść do pokoju wspólnego. Chciałam również podziękować Terencowi, że się wstawił za mną, dlatego to jego szukałam jako pierwszego. Później chciałam znaleźć moich przyjaciół i dołączyć do świętowania. Kiedy przedostawałam się przez ludzi, niektórzy klepali mnie po plecach i gratulowali. Higgsa znalazłam siedzącego w kącie razem z jakąś dziewczyną. Nie chciałam im przerywać, ale przypuszczałam, że jak dzisiaj mu nie podziękuje to później mogę już nie mieć okazji.
- Cześć, mogę Cię na chwilę przeprosić ? – zwróciłam się do dziewczyny.
- Jasne – uśmiechnęła się do mnie
Kiedy koleżanka Terenca odeszła zaczęłam – dzięki, że po meczu stanąłeś za mną.
- Nie ma sprawy An, jesteśmy jedną drużyną.
- Nie każdy chyba to rozumie.
- Poznałaś już jego chore ambicje po ostatnim treningu, nie powinnaś się nim przejmować do póki masz poparcie w drużynie to nic Ci nie grozi.
- No nie wiem, czy na następnym treningu nie pożegnam się z drużyną.
- Jeżeli tak to odejdę z Tobą.
- Co? Terence nie możesz tego zrobić.
- Mogę i zrobię, ale Marcus i tak mnie nie wyrzuci. Po pierwsze nie mamy innego szukającego po drugie kolejne osoby pójdą za mną.
- Może tak, ale i tak się nie zgadzam.
- Nie masz nic do gadania w tej sprawie – powiedział to śmiejąc się – a teraz wybacz, ale próbuje zaprosić ją do Hogsmeade i może dzisiaj po wygranym meczu się zgodzi.
- Dobrze już Ci nie przeszkadzam i dziękuje jeszcze raz.
Nadal zdziwiona słowami Higgsa, zaczęłam szukać moich znajomych. Nie było łatwo ich znaleźć, ponieważ usiedli na schodach prowadzących do dormitoriów chłopaków.
- Jest i nasza gwiazda! – krzyknął Blaise.
- Tak się Ciebie bali, że ciągle ktoś Cię krył – zawtórowała Dafne.
- Dzięki – uśmiechnęłam się blado.
Nasz wieczór minął na rozmowach o meczu, a później zaczęliśmy rozmowę o naszych pierwszych egzaminach w Hogwarcie. Kiedy wróciliśmy do dormitorium zbliżała się 23, a ja postanowiłam jeszcze napisać list do taty, że wygraliśmy ale nie grałam zbyt dobrze. Postanowiłam, że rano wyślę list.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

13. czekoladowa żaba

Po krótkiej chwili; dla mnie aż za krótkiej w ramionach taty znalazła się reszta mojego rodzeństwa i nie przeszkadzałoby mi to gdyby nie fakt, że jestem w samym środku tego uścisku i zaczynam się dusić. 

- Dobra dobra zostawcie trochę miłości dla mamy - zaśmiał się tata głaszcząc Maye po włosach. 

- Dla mamy zostało jeszcze duuuużo - wydusiłam 

- To musiał być ciężki rok skoro się tak stęskniliście. 

- Jak zawsze ciężki - odparł Taylor 

- Nie przesadzaj - prychnęła Maya 

- A jak dla mnie było dobrze. 

- Pierwszy raz w Hogwarcie zawsze jest dobrze - zaśmiał się tata - O ja! Żabert - i tyle pozostało ze zwracania uwagi na swoje dzieci. 

Kiedy tata witał się z Żabertem moje rodzeństwo i ja wzięliśmy nasze kufry w dalszy zakątek peronu aby móc się spokojnie teleportować wprost przed drzwi naszego domu. Miałam wielką nadzieję, że w naszej okolicy jest również tyle śniegu co w Hogwarcie. 

- No dobrze! Wszyscy gotowi ? Żabert gotowy ? To złapcie się za łapki i w drogę. 

Najgorszy a zarazem najlepszy czarodziejski środek transportu to właśnie teleportacja zawsze po niej przewraca mi się w żołądku dobrze, że hogwarckie śniadanie było już jakiś czas temu. Jest również najlepszy ponieważ w krótkim czasie można przenieść się o kilkadziesiąt kilometrów. 
Przed domem można było wyczuć atmosferę świąt. Tata z pomocą dziadków na całym domu powiesił mugolskie lampki, a nasz dom gdyby nie bariera magiczna byłby widoczny z kosmosu.  

- Fiu fiu postaraliście się w tym roku - zagwizdała Maya - Mama wyraziła na to zgodę ?

- Gdyby nie wyraziła to by nie wisiało... 

- W sumie racja. 

Jako pierwsza ruszyłam do środka. Bardzo tęskniłam za ciepłem rodzinnego domu, za chwilą spokoju i nie myśleniem o następnym dniu.

- Moje małe orlątka! - rzuciła się na nas mama - ekhem - wtrąciła Maya - Oj i gryfiątko i wężątko. 

- Ehh kto by pomyślał, że każde dziecię będzie w innym domu - mruknął z progu tata

- Widocznie nie jesteśmy takie mądre, żeby trafić do Ravenclaw... ani tacy odważni żeby trafić do Gryffindoru - dokończyłam z bratem. 

- Każde z was jest wyjątkowe i to jest najważniejsze. A teraz zmykać myć ręce, bo dzisiaj czeka was najlepszy obiad. 

- Zapiekanka a'la Leti! - pisnął Taylor 

I właśnie tego mi w Hogwarcie brakował, głupiego cieszenia się z zapiekanki. Chociaż ta nie była głupia, była najlepszą zapiekanką na świecie. Nawet Maya nie skomentowała pisku Taylora, bo sama bardzo cieszyła się na dzisiejszą obiado - kolację. Będąc w łazience przypomniała mi się akcja dziadków z zieloną farbą, musiałam szybko biec sprawdzić czy rodzice sobie z tym poradzili! 

Wchodząc do salonu, zastanawiałam się czy trafiłam do dobrego domu. To pomieszczenie wyglądało zupełnie inaczej kiedy wyjeżdżałam do szkoły. Ściany nadal pozostały zielone, ale był to ładny butelkowy kolor, który nadawał szlachetności temu miejscu. Na jednej ze ścian wisiały duże zdjęcia w ramach jak się domyśliłam były to zdjęcia autorstwa mamy lecz ku mojemu zdziwieniu one się nie ruszały! Pod zdjęciami stała nasza stara kanapa. Na wielkiej ścianie gdzie stał kominek pojawiła się również biblioteka od podłogi aż do sufitu. Nawet nie miałam pojęcia, że mamy tyle książek w domu. Przy kominku stały dwa fotele. W kąt poszedł fortepian taty, a na środku pojawił się duży stół z krzesłami. W rogu przy wejściu stała wielka jeszcze nie ubrana choinka. 

- Halo! Czy ja trafiłam do dobrego salonu ? - przy moim boku zjawiła się mama

- Ta piękna zieleń nie chciała zejść, dlatego musieliśmy trochę przearanżować to miejsce. Biblioteka to pomysł taty, była to największa ściana więc bardzo chciał ją przykryć. 

- A te zdjęcia ? To Twoje dzieło ? 

- Oczywiście! Musiałam tylko użyć zaklęcia Immobulus, ponieważ nie dało się tutaj usiedzieć gdy to wszystko się ruszało. 

- Zaklęcie zamrażające, sprytnie mamo - mój brat pochwalił mamę z wyraźną aprobatą. 

- O fuj, czy tu musi być tak zielono ? 

- Zadaje sobie to pytanie codziennie - w salonie znajdowała się już cała rodzina.

- Wy z Gryffindoru macie widoczny wstręt do tego koloru. 

- Kto normalny chce przebywać na codzień w takich barwach ? brr

- Ja 

- Powiedziałam normalny! 

- Maya! 

- No co mamo ? Nigdy nie tolerowałam Slytherinu i teraz też nie zamierzam. 

Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, moja siostra już zdążyła wyjść z salonu i pójść do swojego pokoju. 

O dziwo przez te kilka miesięcy w Hogwarcie zdążyłam już się przyzwyczaić do niechęci ze strony innych uczniów, także jakoś szczególnie mnie to nie dotknęło. Mimo iż była to moja siostra to nigdy jakoś specjalnie nie miałyśmy ze sobą dobrego kontaktu, tylko kiedy musiałyśmy. 

- Czy w szkole często się tak zachowywała ? - zapytała mama 

- Nie, nawet po eliminacjach An do Qudditcha była miła i spędziła z nami wieczór. 

- Nie martw się kochanie, tutaj wszyscy należymy do jednego domu. - przytulił mnie tata - i nie mówię tego tylko dlatego, że bardzo bym już zjadł tę zapiekankę. 

Mama zrozumiała aluzję i ruszyła od razu do kuchni, a ja wraz z moim bratem postanowiliśmy, że ten krótki czas przed obiadem wykorzystamy na rozpakowanie naszych kufrów. Będąc samotnie w moim pokoju, który nie miał nic wspólnego ze Slytherinem ani nawet Hogwartem poczułam się jakby ostatnie miesiące były snem, a ja się właśnie obudziłam. To miejsce wyglądało tak samo jak 1 września kiedy z niego wyszłam. 



 ***

25.12.1991

To już dziś! Najbardziej magiczne święto ze wszystkich świąt. Od samego rana czuć niesamowitą atmosferę która ogarnia nasz dom. Tylko nie wiem czy to zasługa mamy, która już od wczesnych godzin biega po kuchni czy taty który puszcza na starym gramofonie płyty, które mógłby by pamiętać Merlina. Jednego byłam pewna będzie to wyjątkowy czas. 
Przez ostatni tydzień spałam bardzo długo, wydaje mi się że odsypiałam ten czas kiedy Mili wyrzucała nas z łóżek bardzo wcześnie. Niestety dziś w ten najpiękniejszy dzień w roku mój ukochany tatuś postanowił zabawić się w elfa a może bardziej w gnoma i już o 8 rano zapewnił swoim dzieciom śnieżna pobudkę. Nad każdego głową za pomocą magii zawisła grudka śniegu, która punktualnie z uderzeniem zegara wybijającego godzinę upadła na nasze twarze. 

- Ojciec wraca do gry! - usłyszałam z holu krzyk taty 

- Ojciec niech się lepiej pilnuje, bo ja nie zapominam - wykrzyknęła wzburzona Maya 

W odpowiedzi usłyszeliśmy jedynie złowieszczy śmiech taty, który skłonił mnie do refleksji czy po zejściu na dół nie czeka na nas więcej niespodzianek. 
Kiedy normalnie kłócilibyśmy się kto pierwszy zajmuje łazienkę tak dzisiaj staliśmy we trójkę przy jednej umywalce i myliśmy zęby. Nie dla tego, że się stęskniliśmy za sobą czy też dlatego, że były święta, otóż przyczyna była inna a mianowicie obawialiśmy się ataku taty oraz postanowiliśmy wspólne odegranie się. 

- Co powiecie na śmierdzący eliksir w butach ? - podsunęła Maya. 

- Nie, skutek będzie taki, że w całym domu będzie śmierdzieć a przecież też tu mieszkamy. A co powiecie na przyklejenie kubka taty do stołu ? 

- Banalne. Może zrobimy wywar zaciemniający umysł ? - podsunęłam, w prawdzie nigdy go nie robiłam ale czytałam o nim. 

- Nie wiemy jak się go robi. Jeżeli dobrze kojarzę jest to dopiero na 5 roku. 

- Dobra wiecie co ? Pójdźmy narazie najprostszym sposobem, śnieg za śnieg. Zaczarujemy kilka śniegowych kul, które będą gonić tatę, a jeżeli się zatrzyma to zostanie nimi zbombardowany. 

- Uczysz się od Weasleyów nieźle. Ja się zgadzam. 

- Ja również - przytaknął Taylor. Nic tak nie zachęca i podbudowuje mojej siostry jak przyznanie jej racji. 

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na ubranie się dlatego od razu w piżamach wybiegliśmy na balkon i ulepiliśmy osiem śnieżek, a następnie musieliśmy zawołać mamę do zaczarowana kul ponieważ żadne z nas nie mogło używać magii. 

- Nie chciałam się w to mieszać - zaczęła mama - ale się wmieszam, bo zamiast mi pomagać to dziwnie tańczy w salonie. Mam tylko nadzieje, że dobrze wypowiem zaklęcie i te śnieżne kule nie staną się kulami ognia. 

Mama wykonała zaklęcie, którego nauczyła ją Maya a kule od razu wystrzeliły w głąb domu. 

- A teraz marsz się ubierać i biada wam jak któreś zachoruje! 
Na odchodne krzyknęła jeszcze, że chce nas widzieć zaraz na śniadaniu. Z salonu dochodziły krzyki pomieszane ze śmiechem, obawiam się że tata dobrze bawi się przy naszej zemście...

Reszta dnia minęła na pomaganiu mamie oraz spiskowaniu. Finalnie trzy kule „zginęły” w ogniu naszego kominka, a reszta wylądował na głowie taty. Pewnie spiskom nie było by końca gdyby mama nie zarządziła rozejmu, głównie zrobiła to po to abyśmy bez żadnych szkód ubrali choinkę. 

Tradycyjnie przed czasem umówionym pojawili się dziadkowie oraz siostra taty z rodzinom.
Ciocia Adrienne mieszka w Ameryce Północnej, ponieważ jej mąż Martin właśnie stamtąd pochodzi. Mają oni trójkę dzieci; Cynthia, która jest w wieku Mayi i uczęszcza do szkoły Ilvermorny, Cordelia, która jest rok młodsza ode mnie oraz Tiana, półtoraroczne dziecko, które tylko krzyczy. 
Co drugi rok święta spędza również z nami brat taty, wujek Ignacio wraz ze swoją rodzina. Niestety w tym roku święta spędzają u rodziny jego żony. 

Mama z ciocia kończą przyrządzanie kolacji w kuchni. Męska część rodziny zasiadła przy kominku i dyskutowała o różnicach między Ministerstwem Magii a MACUSA do męskiej części należał również Taylor który próbował zgrywać znawcę, ale kiepsko mu to szło. Babcie z małą Tiana stały przy choince i próbowały ją przekonać do czegoś ciekawszego niż płacz. Maya z Cynthia zamknęły się u mojej siostry w pokoju, a ja z Cordelia nakrywałyśmy do stołu. Podczas tej czynności za namową mojej kuzynki opowiadałam jej jak jest w Hogwarcie i co robiłam przez ostatnie 3 miesiące. 

Punkt 19:30 jak nakazuje tradycja naszej rodziny usiedliśmy wszyscy przy stole. Potrawy przygotowane przez mamę wyglądały i smakowały lepiej niż w szkole nie wiem czego to była zasługa, ale nie miałam zbyt wiele czasu aby się nad tym zastanawiać, ponieważ co chwile ktoś wypytywał mnie jak tam nauka, jak tam szkoła, czy mam jakiś przyjaciół oraz najważniejsze pytanie wieczoru... skąd ten Slytherin ?! Zaczynam podejrzewać, że moja rodzina wcale mnie nie zna. 

Późnym wieczorem kiedy już ledwo patrzyłam na oczy ze zmęczenia i przejedzenia nasza rodzina postanowiła wrócić do siebie. A ja bez zbędnego zastanawiania przebrałam się w piżamę i od razu zasnęłam. 

Następnego dnia z własnej woli cała rodzina wstała bardzo wcześnie, ponieważ każdy chciał zobaczyć swój prezent! 

Mama od taty dostała nowy aparat, ponieważ i to właśnie była jedna z niespodzianek dla nas, od przyszłego roku czyli już za kilka dni wraca do pracy w „Proroku codziennym”. 
Od Mayi dostała zestaw samowiążących się sznurowadeł do butów. 
Od Taylora dostała książki młodego pisarza, który dopiero wchodził na rynek. 
A ode mnie dostała zdjęcie jej i taty na ostatnim roku w Hogwarcie. Znalazłam je w Izbie Pamięci, a z pomocą Hagrida udało mi się uzyskać odbitkę do tego zrobiłam papierową ramkę i prezent gotowy.

Tata od mamy dostał płyty do gramofonu, chyba razem z moim rodzeństwo w duchu dziękowaliśmy, że większość czasu nie ma nas w domu. 
Od Mayi dostał ten sam zestaw co mama. Wychodzi na to, że teraz oboje będą chodzić w dobrze zawiązanych butach. 
Od Taylora zestaw piór do pisania z atramentem. 
A ode mnie zeszyt ze zbiorem najlepszych psikusów i kawałów, który w większości sama wymyśliłam a z częścią pomogli mi znajomi oraz bliźniacy ale o tym nie widzieli. 

Maya od mamy dostała „niezwykłe” perfumy oraz książkę o której za dużo nie wiem, ponieważ to była tajemnica i tylko moja siostra mogła ją odkryć. 
Od taty dostała organizer prac domowych, który wprawi go w bardzo dobry humor dlatego, że będzie wydawało nieznośny dźwięk do póki nie weźmie się za odrabianie lekcji. Zaczynam się obawiać, że każde z nas może takie dostać. 
Od Taylora dostała wielkie pudełko ze słodyczami. 
A ode mnie mniejsze pudełko ze słodyczami i obrazek w ręcznie robionej ramce. Obrazek wykonała Dafne, a przedstawiał on gryfa pożerającego węża. Bardzo długo musiałam prosić moją przyjaciółkę o to, ale wiedziałam, że bardzo się spodoba mojej siostrze. 

Taylor od mamy dostał pierwsze wydanie książki o magicznych stworzeniach z podpisem Newta Scamandera. 
Od taty dostał organizer prac domowych. Mogłam już spodziewać się mojego prezentu, ale pozostaje we mnie płomyk nadziei, że może jednak tata mnie kocha. 
Od Mayi dostał zestaw samowiążących się sznurowadeł oraz pudełko słodyczy. Zaczynam podejrzewać, że umówiła się z tatą na dublowanie prezentów. 
A ode mnie dostał książkę pt. „ W powietrzu z Armatami”, była to jego ulubiona drużyna dlatego mogłam się spodziewać, że się spodoba. Do kompletu dołożyłam pudełeczko ze słodyczami. 

Ja od mamy dostałam album ze zdjęciami, które zrobił mi mój brat podczas pierwszego meczu w Quidditcha. Jedno jest pewne zakopie ten album głęboko w moich szatach. 
Od taty dostałam to ustrojstwo, które będzie dźwięczeć na cały zamek jeżeli nie odrobię pracy domowej oraz wielki zdradziecki uśmiech. 
Od siostry dostałam sznurowadła dzięki, którym teraz cała nasza rodzina będzie chodziła w pięknie zawiązanych butach! Oraz pudełko ze słodyczami. 
Od brata dostałam kompas miotlarski oraz ogromne pudełko ze słodyczami. 

Po prezentach zjedliśmy ogromne śniadanie, które głównie składało się z wczorajszej kolacji. A resztę dnia spędziliśmy na graniu w czarodziejskie gry planszowe! 

Tak właśnie minęły mi najmagiczniejsze dni w roku. 

16. czekoladowa żaba

  Było już tak gorąco, że pokochałam lochy. Jedyne miejsce w całym zamku gdzie nie było duszno. A już jutro rozpoczynają się nasze pierwsze ...