W poniedziałek po pamiętnej bitwie na śnieżki nie można było przecisnąć się przez korytarz przy Wielkiej Sali ponieważ było tam kilka wielkich jak troll choinek a spod największej wystawała głowa Hagrida, który przepędzał uczniów aby nie chodzili mu pod nogami.
- Anastazja! - krzyknął gajowy.
- Hagrid! - krzyknęłam równie głośno jak on.
- Chodź zobaczysz jak wyglądają przygotowania do świąt.
Nie mogłam doczekać się moich pierwszych przygotowań do świąt w Hogwarcie! Wiele słyszałam o świętach w zamku i nawet trochę żałowałam, że nie zostaje na uroczystej kolacji, ale tęsknota za domem nigdy nie pozwoliłaby mi na zostanie tutaj.
Poczłapałam za wielką choinką do sali gdzie trwały główne przygotowania i aż odjęło mi mowę. Nasza choinka w domu w porównaniu do tych tutaj jest malutka.
- Zamknij buzie Shafiq - szturchnął mnie ramieniem przechodzący obok Malfoy
Nic ani nikt nie mógł przeszkodzić mi w delektowaniu się prawdziwym pięknem. Chciałam móc dłużej zostać i zobaczyć jakie będą dalsze ozdoby, ale musiałam spieszyć się na eliksiry.
***
Ubrana w najgrubsze ubrania jakie posiadałam siedziałam w rogu sali od eliksirów i po cichu modliłam się aby nie trzeba było amputować mi żadnej z kończyn. Gdybym mogła pracowałabym w rękawiczkach niestety profesor Snape kategorycznie tego zakazał po czym sam ceremonialnie założył rękawiczki.
Niewielki ogień jaki znajdował się pod moim kociołkiem pozwalał na opanowanie drżenia rąk inaczej żaden z eliksirów by mi nie wyszedł.
Na dzisiejszych zajęciach robiliśmy jakiś nudny specyfik dla roślin który pozwala im przeżyć dwa tygodnie bez wody. Wszystko było by dobrze gdyby on tak koszmarnie nie pachniał zgniłą cebulą.
Po skończonych zajęciach nadal czułam cebule i obawiałam się, że aż do świąt nie pozbędę się tego zapachu.
Poprzewracało mi się w głowie do tego stopnia, że nie byłam pewna czy dzisiejszy obiad był cebulowy czy jednak nie.
Jedno trzeba przyznać tej szkole... napewno będziemy zahartowani na zimno. Kolejne zajęcia jakie mieliśmy to zielarstwo, po zimnych lochach przyszedł czas na zimne cieplarnie... cóż za paradoks.
Gdyby ktoś się mnie zapytał co się działo na tych zajęciach to mogę szczerze odpowiedzieć, że nie mam pojęcia. Kompletnie nic nie rozumiem z zielarstwa a profesor Sprout zazwyczaj miła i wyrozumiała nauczycielka na mój widok zamieniała się w bardzo czepialska osobę. Zaczynam myśleć, że może to nie moja wina a któregoś z członków mojej rodziny ?
Po godzinie 14 byliśmy już wolni, miałam do wyboru napaść na kogoś ze śniegiem w ręku lub położyć się przed kominkiem... wybrałam kominek. Gdyby nie zajęcia w zimnych salach to chętnie bym kogoś nasmarowała śniegiem, a tak boje się o moje kończyny.
W pokoju wspólnym panowało przyjemne ciepło, postanowiłam się przebrać w wygodniejsze ubrania i wrócić do pokoju by zająć bliskie miejsce przy kominku i w spokoju odrobić lekcje.
Pierwszy tydzień grudnia minął jak pierwszy poniedziałek czyli na marznięciu w salach lekcyjnych, podziwianiu dekoracji świątecznych i konsternacji co jest ważniejsze kończyny czy natarcie kogoś śniegiem. Z reguły wygrywały kończyny dopiero w piątek postanowiłam pozostać z resztą na dziedzińcu.
Na początku drugiego tygodnia po zajęciach w pokoju wspólnym pojawił się profesor Snape po to by wpisać na listę osoby które zostają na święta w Hogwarcie. Z osób które postanowiły zostać nie znałam nikogo.
Natomiast na końcu drugiego tygodnia Marcus Flint ogłosił przedświąteczny trening ślizgonów. W sobotę o 9:30 mieliśmy się wszyscy stawić na boisku do Quidditcha. Po usłyszeniu tej informacji modliłam się w duchu o wielką śnieżyce. Faktem było to że w grudniu z reguły nikt nie trenuje, ale widocznie nasz kapitan nawet takiej reguły nie przestrzega.
Także w sobotę o 9 siedziałam na śniadaniu ubrana w każdą część garderoby po dwie sztuki zastanawiając się czy moja miotła będzie w ogóle wstanie mnie podnieść.
Idąc samotnie na boisko zastanawiałam się co by się stało gdybym się dzisiaj nie pojawiła, ale chyba nie miałam aż tyle odwagi by się o tym przekonać. Byłam w dość dużym szoku kiedy okazało się, że stawiła się cała drużyna.
Po dwóch godzinach... naprawdę dwóch! Wracałam jak kostka lodu. Jeżeli przez te dwa tygodnie nie miałam nic amputowane to po dzisiaj napewno coś się znajdzie.
Oprócz treningów i meczy to rzadko mam styczność z drużyną także czułam się niezręcznie kiedy szliśmy całą grupą do zamku. Oczywiście szłam w milczeniu bo nie miałam z kim rozmawiać, a nie chciałam ciągle dręczyć Terenca. Ciekawe czy kiedyś nadejdzie ten moment, że porozmawiam z kimś z drużyny.
W pokoju wspólnym każdy rozszedł się w swoją stronę i naprawdę za to dziękowałam, bo gdyby jeszcze Flint zrobił naradę to chyba bym padła.
***
16 grudnia po zajęciach każdy kto wyjeżdża do domu miał być już spakowany by we wtorek po śniadaniu od razu ruszyć do Londynu. Dawno nie byłam tak podekscytowana jak w poniedziałek. Przez weekend spakowałam już większość swoich i Żaberta rzeczy by po poniedziałkowych zajęciach móc spędzić trochę czasu z przyjaciółmi. W sobotę zaniosłam prezent Lisie, w tym roku podarowałam jej same słodycze. Mam nadzieje, że w przyszłych latach będzie prościej wpaść na pomysł prezentu dla niej.
Dla moich współlokatorek również zrobiłam paczuszki ze słodyczami. Mieszkając z nimi łatwo było wywnioskować czego każdej najbardziej brakuje.
Dopóki nie mogliśmy chodzić do Hogsmeade było trzeba z różnych źródeł zdobywać słodycze i nie zawsze było to proste, by mieć na paczki dla moich znajomych namówiłam Taylora aby podczas swojej wizyty w miasteczku zakupił prezenty w moim imieniu.
Po zajęciach spotkałam się z moimi współlokatorkami w naszym dormitorium.
- Kocham święta! - jak zawsze ekscytowała się Dafne
- Jak bardzo cieszę się, że wyjeżdżam do domu! Nie będę musiała słuchać zachwytów Dafne! - rozpromieniła się Pansy
- A ja tam będę za wami tęsknić - mruknęła Millicenta
- Nie powiedziałam, że nie będę tęsknić za wami.. nie będę tęsknić tylko za Dafne.
- Jasne! Założę się, że po dwóch dniach otrzymam od Ciebie sowę z wiadomością „Dafne! Najdroższa nie mogę się doczekać naszego spotkania!”
- Ha! Marzenie.
- Pfff wiem, że tak będzie.
Przysłuchując się dziewczynom uświadomiłam sobie, że przez te niecałe 4 miesiące zdążyłam się do nich przywiązać i nie ważne jak bardzo nie zgadzałam się z niektórymi ich poglądami to jednak będę przez te 2 tygodnie za nimi tęsknić.
- To aż dziwne będzie spać nie słysząc chrapania Mili - mruknęłam
- Ja Ci dam chrapanie.
Za nim zdążyłam zareagować dostałam poduszką w twarz, a zaraz potem dziewczyna siedziała na mnie i okładała mnie poduszką.
- By - ście - po - mo - gły! - wydusiłam pomiędzy uderzeniami.
- Jakoś nie mam ochoty, za bardzo mi się to podoba a Tobie Dafne?
- Mi również. W sumie tylko pierza brakuje.
Jak na zawołanie, a raczej jak za dotknięciem różdżki co w tym przypadku było prawdą z sufitu zaczęły opadać piórka.
Chciałabym powiedzieć, że mi się to podobało, ale wyglądałam jak mały kurczak więc wolałabym o tym zapomnieć.
Z pomocą Pansy wszystkie piórka zniknęły nawet te z moich włosów.
- Dobra koniec wygłupów, czas na prezenty - zarządziłam.
- Ja pierwsza! - krzyknęła Parkinson
- Nie! Ja zaproponowałam, ja zaczynam.
- Niech będzie...
Okazało się, że każda z nas pomyślała o słodyczach więc teraz każda z nas miała tyle zapasu, że mogłaby otworzyć sklep. Dafne jako jedyna do słodyczy dorzuciła coś jeszcze, a mianowicie własnoręcznie wykonany obrazek. Każda z nas dostała inny na moim widniała bitwa na śnieżki. Greengrass twierdzi, że nigdy nie widziała mnie takiej szczęśliwej jak w tamtym momencie. Obrazek Pansy przedstawiał ją i Draco siedzących w pokoju wspólnym trenujących Transmutacje nawet w tle załapała się mała postać mnie. Natomiast Millicenta miała obrazek przedstawiający naszą czwórkę na tle Hogwartu. Jak twierdzi Mili jesteśmy najlepszym co spotkało ją w tej szkole. Myśle, że każda z nas chodź trochę rozczuliły te obrazki. W atmosferze smutku i radości położyłyśmy się spać.
O 7:30 byłam już gotowa jak chyba nigdy w tej szkole. Zapakowałam resztę moich rzeczy oraz prezenty dla mojej rodziny i byłam gotowa do drogi. Niestety do wyjazdu została godzina, a więc nie pozostało mi nic innego jak zejść na śniadanie. Nie chcąc znowu iść samej poczekałam za moimi współlokatorkami.
W Wielkiej Sali można było wyczuć ekscytacje i zniecierpliwienie, większość osób siedzących tutaj miała w końcu zobaczyć się ze swoimi rodzinami. Usiadłyśmy mniej więcej na tych samych miejscach co zawsze i zaczęłyśmy jeść nasz ostatni posiłek przed wyjazdem.
Jak poinformował nas dyrektor, nasze bagaże były już w saniach. W sumie trochę zdziwiłam się na wieść o saniach, ale nawet to logiczne że w taki mróz nie będziemy przedostawać się przez jezioro.
Sanie wyglądały imponująco jak jedne z tych które są pokazywane w mugolskich bajkach dla dzieci. Były one ośmioosobowe więc do nasz czwórki dosiedli się jeszcze jacyś uczniowie, których w ogóle nie kojarzyłam. Sanie same pędziły ośnieżoną drogą,na początku byłam trochę zaniepokojona, że możemy zjechać z trasy lub coś podobnego, ale po krótkim czasie postanowiłam zaufać magii.
Kiedy dotarliśmy do pociągu Pansy zakomunikowała, że musimy usiąść w przedziale z Draco Malfoyem koniec kropka. Miałam wielką ochotę się kłócić o to, ale Dafne mi na to nie pozwoliła; powiedziała, że niech to będzie prezent od nas dla niej.
- Możemy ? - dziewczyna weszła pewnie do przedziału
- Jak musicie - mruknął Draco
- Milutki jak zawsze - szepnęłam do Dafne
Usiadłam na wolnym miejscu obok Blaise przy nim wiedziałam, że przynajmniej podróż minie mi w miarę możliwości przyjemnie.
Kiedy ruszyliśmy zwróciłam uwagę, że nad naszymi głowami znajdują się nasze bagaże. Na niższej półce znajdował się transporter z Żabertem postanowiłam wziąć go na kolana by nie musiał się męczyć przez podróż w ciasnym pojemniku.
- Musisz trzymać tego sierściucha tutaj ? - odezwał się Crabbe
- Jak Ci przeszkadza to możesz wyjść.
Nie wiedziałam czy to co powiedziałam było tak dobre, że mały móżdżek Vinceta nie potrafił skombinować dobrej odpowiedzi czy może jednak stwierdził, że nie warto się kłócić.
- Wiesz chyba zaczynam łapać Transmutacje - zaczął Zabini
- Szybko - zaśmiałam się
- Hej powinnaś być dumna czy coś! To dzięki Tobie.
- To dzięki swojemu skupieniu, ja nic więcej niż McGonagall nie mogłam zrobić.
- Mylisz się. Gdybyś ze mną nie siedziała do późna i nie mówiła o skupieniu się to by mi się nie udawało.
Ciężko w to uwierzyć, ale prawie całą drogę do Londynu rozmawialiśmy o szkole i o nauczycielach.
Kiedy białe łąki i pastwiska zaczęły się zmieniać w szarobury obraz miasta włożyłam niezadowolonego Żaberta do jego transportera i schowałam różdżkę do bagażu na co Malfoy prychnął była to doskonała okazja do kłótni ale stwierdziłam, że całą podróż dałam rade to teraz praktycznie przy wysiadaniu też dam.
Wyjście z pociągu okazało się trudniejsze niż myślałam, o ile ze sciągnięciem mojego bagażu z półki pomógł mi Blaise o tyle z przepychaniem się przez tłum i wysiadce nie mógł mi pomóc. Za każdym razem kiedy pudełko z Żabertem zostało przez kogoś szturchnięte ten prychał i miałczał z niezadowoleniem.
Na peronie zamiast rozglądać się za rodzicami staliśmy w ósemkę w kole i żegnaliśmy się ze sobą. Uważam, że było to dość dziwne zważywszy na to, że za dwa tygodnie znowu się zobaczymy. Po zbędnych życzeniach świątecznych każdy rozszedł się w stronę swoich rodziców.
Mojego tatę nie trudno było zobaczyć. Wielki jak niedźwiedź stał oparty nonszalancko o ścianę i machał do mnie. Nie zważając na ciężki bagaż zaczęłam biec w jego stronę. Kilka stóp od niego odłożyłam wszystko na ziemie i rzuciłam się w wielkie ramiona mojego taty. I wtedy zrozumiałam, że najbardziej na świecie brakowało mi tatowego uścisku.