wtorek, 29 maja 2018

4. czarodziejska żaba

-An wstawaj spóźnimy się na śniadanie! - zza za słony wołała Dafne, która sama się w pośpiechu ubierała - Millicenta jest w łazience, a Pansy pognała gdy tylko usłyszała Draco w pokoju wspólnym.
-A co jeżeli nie wstanę tak mniej więcej do 12 ?
-To profesor nietoperz podaruje Ci taki szlaban, że do końca życia będziesz wstawała punkt 6 bez zająknięcia.
-Brzmi dobrze, chyba skorzystam.
-Nie ma mowy, to nasz pierwszy dzień! - pociągnęła mnie za nogę i boleśnie wylądowałam na podłodze teraz już wiem, że z Millicenta pobudki nie będą miłe.
Będąc w łazience usłyszałam załamany głos, że nas zabiją jak się spóźnimy na zajęcia, co bardzo mnie rozśmieszyło w końcu zajęcia mieliśmy mieć w tym samym budynku, a nie 10 km dalej.
-Gotowa!
-Nareszcie dziewczyno jest 8:40
Byłam anty bieganie i nie rozumiem naszego pośpiechu no, ale skoro one biegły to nie mogłam zostać w tyle. Pokój wspólny był pusty co dodawało mu mrocznego klimatu nie miałam jednak aż tyle czasu by się nad tym zastanawiać. Dobiegając do Wielkiej Sali zauważyłam profesora Snape przy naszym stoliku co nie wróżyło nic dobrego.
-Wstały nareszcie księżniczki - powitał nas "radośnie" profesor - oto wasze plany.
I odszedł jak gdyby nic się nie stało co wprawiło mnie w lekkie zaskoczenie, ponieważ tyle się nasłuchałam, że jest on bardzo surowy i zawsze daje szlabany, a tu proszę upiekło nam się.
Usiadłam między Pansy, a jakimś czarnoskórym chłopakiem. Z planu zajęć wynikało, że zostało mi mniej niż 15 min do ich rozpoczęcia, a ja jeszcze nie zaczęłam jeść! Szybko smarowałam moje tosty masłem orzechowym przy czym część spadła mi na szatę. Szlag jasny by to trafił mruknęłam do siebie próbując zetrzeć plamę.
-Hej na spokojnie śniadanie nie ucieknie - zaczął chłopak siedzący obok mnie.
-No nie byłam bym taka pewna.
-Ja jestem więc możesz spokojnie jeść. A tak swoją drogą Blaise jestem.
-Anastazja.
-Ahh no tak dziewczyna, która panikowała na łódce.
-Coo ? Skąd wiesz ? - zanim zdążył mi odpowiedzieć dodałam - Malfoy.
-Mamy razem dormitorium i tak mu się jakoś wymsknęło.
-Ja mu dam wymsknęło.
W połowie pierwszego tosta drugi, który był na talerzu zniknął a ja popatrzyłam znacząco na chłopaka.
-Miałaś rację. - zaśmiał się - ale to dobrze, bo może nie spóźnimy się na transmutację.
Chciałam zapytać "my", ale kiedy podniosłam głowę zrozumiałam, dlaczego mówił tylko do mnie. W końcu przy stole z pierwszorocznych zostaliśmy tylko nasza dwójka czyli dobrze myślałam, że moje koleżanki z dormitorium zostaną tylko koleżankami, a nie przyjaciółkami.
-Ziemia do Anastazji. - machnął mi przed oczami Blaise - dalej chodź bo McGonagal da nam szlaban, a wiesz, że te zajęcia mamy z Gryffindorem, więc zrobi to z wielką przyjemnością.
Wydałam z siebie jakiś nie zidentyfikowany dźwięk i ruszyłam za nowo poznanym kolegą. Moja brudna szata nie dawała mi spokoju, a wiem, że do 15 na pewno jej nie zmienię. W połowie pierwszego piętra Blaise przyśpieszył, a z jego krokami to ja musiałam biec, znowu dzisiejszego ranka. Dzięki temu, że przyśpieszyliśmy tempa profesor nie zdążyła jeszcze zamknąć drzwi, więc teoretycznie się nie spóźniliśmy. Niestety na moje nieszczęście musiałam siedzieć z chłopakiem i to na samym początku sali.
"-Transmutacja jest najbardziej złożonym i niebezpiecznym rodzajem magii, jakiego będziecie się uczyć w Hogwarcie." rozpoczęła McGonagal, a ja już wiedziałam, że to nie będą ciekawe zajęcia, przynajmniej nie na początku. A kiedy dodała, że mamy nie zmieniać miejsca w sali ani osoby z którą siedzimy wiedziałam, że te zajęcia będą o wiele za długie.
Przez godzinę zajęć przepisywaliśmy masę regułek i wskazówek dotyczącej udanej transmutacji. Ręka wysiadła mi po pierwszych 15 min, ale nie mogłam choćby na moment odpuścić pisania, bo zgubiłabym wątek i już nigdy do niego nie powróciła. Przez ostatnie 30 min zajęć mieliśmy spróbować zamienić zapałkę w igłę. Z początku szło to opornie, ale po chwili było już widać efekty.
-No proszę pannie Granger i pannie Shafiq się udało. 10 pkt dla Gryffindoru i 10 pkt dla Slytherinu.
-Jak Ty to zrobiłaś ? - majaczył Zabini, a zaraz do niego dołączyła Dafne.
-Dar moi drodzy, to jest dar.- zaśmiałam się.
-Mamy i naszą kujonke. - przed salą do eliksirów pojawił się Draco, Crabbe, Goyle i Pansy
-Cześć Draco, Ciebie też miło widzieć.
Stałam tak z moimi "kolegami" z domu i cały czas w głowie miałam to, że do nich nie pasuje i nie wiem jak się z nimi zaprzyjaźnić. A oni jak na złość do mnie lgnęli.
-Anastazja! Wreszcie Cię znalazłem. - odwróciłam Cię zdezorientowana do Taylora, a moi znajomi przyglądali się z zaciekawieniem.
-A szukałeś mnie bo ?
-Hmm no pomyślmy może dlatego, że od wczoraj się nie widzieliśmy ? o! a może dlatego, że z nami nie rozmawiałaś ? i może też dlatego, że przyszedł do Ciebie list ?
-Podobno się nie znamy.
-Mayi może i nie znasz ale mnie tak. Trzymaj. - wręczył mi kopertę, a ja już wiedziałam, że to od rodziców. - Dobra trzymaj się mała, daj czadu na eliksirach, a ja wracam na swoje zajęcia. - musnął moje czoło i tyle było go widać.
Za nim padło jakie kolwiek pytanie odpowiedziałam 'mój brat' i wzięłam się za otwieranie listu. Niestety zanim dobrałam się do zawartości przyszedł Snape i musiałam poczekać kolejne zajęcia na odczytanie go.
Po pierwszych 10 min wiedziałam, że będąc w Slytherinie nie jesteśmy narażeni na dużą krytykę nietoperza, za to Gryfonom obrywało się za każdy nawet najcichszy dźwięk. Odniosłam wrażenie, że polubię się z tymi zajęciami. Na pierwszej części zajęć była teoria i to bardzo dogłębna, a w drugiej części robiliśmy napój leczący z czyraków. Szczerze mówiąc na początku nie miałam zielonego pojęcia co robię i dwa razy się zawahałam co nie umknęło uwadze drogiego profesora, ale zanim zdążył mnie z krytykować lub coś podobnego, Longbottom wylał swój napar i mocno mu się oberwało za to.
Kiedy zajęcia dobiegły końca ku mojemu zdziwieniu Snape wezwał mnie i Draco do siebie.
-Malfoy, Shafiq pozbierajcie eliksiry z ławek i postawcie u mnie na biurku.
-ale - już zaczął Draco, ale nie zdążył dokończyć
-To nagroda, a nie kara. - rzekł nauczyciel i wyszedł z sali
-Ładna mi też nagroda, obiad stygnie a nie. - mruknęłam biorąc swój eliksir i odkładając go w wyznaczone miejsce.
-Jakby nie mógł zrobić tego czarami.
Staraliśmy się odłożyć wszystko jak najszybciej, ale i tak straciliśmy prawie 10 min naszej przerwy. Do Wielkiej sali szłam ramię w ramię z blond kolegą.
-Jesteś czystej krwi ? - zapytał nagle
-Co za pytanie ? Oczywiście, że tak.
-To dobrze.
-Dobrze, bo ?
Jednak nie zdążył mi odpowiedzieć, bo już dochodziliśmy do naszego stołu. Teraz nie wiem czy padło mi na wzrok przez te opary z eliksirów czy właśnie Pansy zabija mnie wzrokiem.
-O co Ci chodzi ? - szepnęłam do niej przez stół
-Wiesz o co. - dyskretnie w jej mniemaniu spojrzała na blondyna, a ja o mało nie udławiłam się zupą.
Jeżeli ona po jednym dniu się w nim zakochała to ja boję się co będzie dalej czuje, że nie będzie się z nią dało żyć w jednym pomieszczeniu.
-Pomożesz mi przy transmutacji ? - prawie znowu udławiłam się zupą gdy to usłyszałam.
-Czy wy ludzie chcecie mnie dzisiaj zabić ? Dlaczego ja mam Ci pomagać ? - zapytałam Blaise.
-Może dlatego, że Tobie jedynej udało się zamienić zapałkę w coś co przypominało igłę ?
-To nie jest trudne, trochę wysiłku i wszystko Ci wyjdzie.
Myślałam, że da mi spokój, ale ten ciągle wyczekująco się we mnie wpatrywał. Jadłam dalej i próbowałam go ignorować, ale nie wytrzymałam.
-Dobra, dzisiaj wieczorem w pokoju wspólnym.
Po obiedzie na którym zjadłam tyle, że ledwo wstałam z miejsca stwierdziłam, że mam jeszcze trochę czasu, więc pójdę do lochów przebrać tę piekielną szatę.
W pokoju wspólnym były same starsze roczniki, na moje nie szczęście wpadłam na jakiego chłopaka w stroju do quidditcha.
-Przepraszam, bardzo się spieszę i - zaczęłam, lecz nie dokończyłam, bo doszło do mnie, że to nie ma sensu.
-Nic nie szkodzi, jest dobrze.
-Całe szczęście, nie chciałam już pierwszego dnia "załatwić" zawodnika drużyny. - zaśmiałam się
-Oj tak Marcus do końca szkoły by Ci tego nie wybaczył.
-Będę jego utrapieniem, bo zamierzam startować do naszej domowej drużyny.
-To czekam, bo dawno kobiety u nas w drużynie nie było. Tak w ogóle to Terence jestem.
-Anastazja. - podałam mu rękę - na jakiej pozycji grasz ?
-Jestem szukającym.
-Nudy - zaśmiałam się - o cholibka, zaraz się spóźnię. - dodałam widząc zegar nad kominkiem.
-Miło było Cię poznać i do zobaczenia na kwalifikacjach do drużyny.
-Do zobaczenia.
I kolejny raz tego dnia musiałam biec. Wpadłam do dormitorium jak burza, wyrzuciłam połowę mojego kufra i szybko się przebrałam. Ze starej szaty wypadł mi list który miałam przeczytać jeszcze przed eliksirami. Nie wiele myśląc wyciągnęłam kartkę z koperty i usiadłam na moim łóżku, a chwilę później na moich kolanach pojawił się Żabert. Zaczęłam drapać go po uchu i otworzyłam list.


Cześć córeczko (siema dziewczyno, tata kazał dopisać nie wiń mnie).
Maya wysłała wczoraj do nas sowę, że trafiłaś do Slytherinu, nawet nie wiesz jak jesteśmy z Ciebie dumni. Przynajmniej rozstrzygnęłaś nasz spór. 
Dziadek Leon był trochę nie pocieszony i stwierdził, że tiara pewnie oszukuje. 
Nie masz się czym przejmować, bo wiemy, że dobrze trafiłaś. Tata domaga się pióra... 
Kocham Cię córeczko. Mama.
Moja mała dziewczynka rządzi w Slytherinie, dobra robota! 
Teraz możesz im pokazać jak się gra w qudditcha, na pewno znajdzie się dla pierwszoroczniaka miejsce w składzie.
Nie daj się nikomu i pokaż z jakiej rodziny jesteś. 
Kocham Cię. Tata.

PS Podrap Żaberta pod lewą łapką i powiedz, ze to ode mnie. Edward Wspaniały. 

Na ostatnie zdanie taty zaśmiałam się i uświadomiłam sobie jak za tymi ludźmi tęsknię. Już miałam brać się za odpisywanie, kiedy zabrzmiał dzwon oznajmiający rozpoczęcie zajęć, a ja przecież mam właśnie zielarstwo. Zerwałam się szybko z łóżka zrzucając przy okazji Żaberta, złapałam potrzebne rzeczy i znów pobiegłam. 
-A niech Cię Terence, zacznij się rozglądać. - mruknęłam na starszego Ślizgona, kiedy znów pojawił się nie oczekiwanie na mojej drodze, ten tylko zaśmiał się na moje słowa, może i powiedział coś, więcej, ale ja już wybiegałam z pokoju wspólnego. Gnałam ile miałam sił w nogach do cieplarni numer jeden gdzie mieliśmy zajęcia z profesor Sprout i Ravenclaw. 
-Dzień dobry - wpadłam do pomieszczenia zdyszana - przepraszam bardzo za spóźnienie, ale coś mnie zatrzymało. 
-Już dobrze, dobrze. Zajmij swoje stanowisko i słuchaj.  - odpowiedziała nauczycielka. 
Na szczęście nie byłam jedyną co się spóźniła chwilę po tym jak zajęłam swoje miejsce do cieplarni weszła jakaś Krukonka. 
Niby miałam słuchać na tych zajęciach, ale jakoś nie mogłam skupić się na słowach. Wydaje mi się, że nie dogadam się z tymi roślinami. Na dzisiejszych zajęciach zajmowaliśmy się diabelskimi sidłami, które swoją drogą mogą mi się w przyszłości przydać. 
-Panny, które się spóźniły zostaną tutaj jeszcze chwilę ze mną. - ogłosiła po zajęciach pani Sprout. 
Kiedy szklarnia opustoszała pani profesor kontynuowała - chciałabym abyście mi pomogły przenieść te doniczki na tył, bo zaraz przyjdzie mi tu piąty rok, na powtórki do SUM i nic nie zrobimy. 
Z wielką nie chęcią wzięłam się za przenoszenie glinianych donic, (które swoją drogą były ciężkie) na drugi koniec pomieszczenia. Było ich 20, więc ja zajmowałam się jedną stroną stołu, a Krukonka drugą. 
Po dobrych 30 minutach wyszłyśmy wymęczone z cieplarni i wyklinające spóźnienie.
-Tak swoją drogą koleżanko od kary jestem Anastazja, a Ty ?
-Lisa i wiesz co ? chyba zdążymy jeszcze na podwieczorek.
-O nie, ja już dzisiaj nie mam zamiaru biegać tylko i wyłącznie spacer.
Moja towarzyszka nie doli tylko się zaśmiała, ale nie przyśpieszyła kroku chyba miała równie zabiegany dzień co ja.
Kiedy weszliśmy do Wielkiej Sali większość miejsc przy stołach było pustych.
-Wiesz, jeżeli chcesz możesz usiąść przy naszym stoliku. - powiedziała Lisa
-To nie jest raczej dobry pomysł, ale myślę, że możemy wziąć coś na wynos i pójść na dziedziniec.
Do realizacji mojego pomysłu przeszłyśmy natychmiast, wszelkiego rodzaju ciastka wkładałyśmy do kieszeni naszych szat, a to co miało krem trzymałyśmy w rękach. Obładowane wszystkim wyszłyśmy na zewnątrz gdzie przebywała duża część szkoły.
-Opowiedz coś o sobie - zachęciłam - wiesz od 24 godz otaczam się tylko Ślizgonami.
-A więc jestem czystej krwi, od wielu pokoleń, chociaż moja rodzina jakoś nie szczególnie się przejmuje czystością. Jak połowa mojej rodziny trafiłam do Ravenclaw niestety jestem najmłodsza i moja starsza siostra jest na ostatnim roku. Dopiero poznaje ludzie z mojego domu i idzie mi to opornie.
-I stwierdziłaś, że zaprzyjaźnienie się z Ślizgonką będzie łatwiejsze ?
-Nie patrzę kto z jakiego jest domu, kleiła nam się rozmowa przy tych doniczkach więc stwierdziłam, ze jesteś fajną osobą. Dobra teraz Ty opowiadaj o sobie.
-Toż się nagadałaś. Też jestem czystej krwi, jakby to miało jakieś znaczenie na początku rozmowy no, ale nie ważne. U mnie w rodzinie z reguły czarodzieje trafiają do Gryffindoru albo do Ravenclow, a tu proszę trafiłam się ja która jest w Slytherinie i nikt nie wie jak do tego doszło. Nie no tiara na pewno wie. Mam brata, który jest Krukonem w 4 klasie i siostrę Gryfonkę w 3 klasie. I staram się dogadywać z ludźmi z mojego domu, co jest dla mnie trudne.
Dopóki nie skończył nam się prowiant, tak sobie siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o naszym życiu i doświadczeniach. Myślę, że mogę się zaprzyjaźnić z Lisą, ponieważ jest pierwszą osobą w Hogwarcie z którą jakoś się dogaduję.
Wracając do pokoju wspólnego spotkałam jeszcze mojego brata, który o dziwo bardzo chętnie przedstawił mnie swoim przyjaciołom.
Na koniec dnia wróciłam do pokoju wspólnego i wzięłam się za pisanie wypracowania na zielarstwo. Miałam tylko nadzieję, że uda mi się napisać coś więcej niż tylko jeden pergamin. Z roślinnego transu wyrwał mnie mój czarnoskóry kolega.
-Tu jesteś wszędzie Cię szukałem. 
-Wiesz siedzę tutaj już dobrą godzinę. 
-Dobra masz mnie wcale Cię nie szukałem, ale miałem nadzieję, że jak to powiem to będziesz dla mnie gram milsza. 
-Hej! Przecież ja jestem miła. 
-Dobra jesteś i nie mówię tego tylko dlatego, że potrzebuję pomocy z transmutacji. 
Przez dłuższą chwilę targowałam się jeszcze z Blaise co będę miała za pomoc i uzgodniliśmy, że do końca miesiąca będzie pisał za mnie ewentualne zadania na zielarstwo, bardzo ten układ mi się spodobał. Nie chciałam wiedzieć skąd wykombinował zapałki więc od razu przeszłam do rzeczy która nas interesowała. Kiedy byłam w trakcie kolejnej zamiany mojej zapałki w igłę, ktoś znowu mi przeszkodził. 
-Cześć młoda. 
-Cześć Terence. - uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie. - Co Cię do mnie sprowadza ? 
-Możemy chwilkę porozmawiać ? Sami ? - tu znacząco spojrzał na Blaise, który następnie spojrzał na mnie i czekał na reakcję. Nie mogłam zrobić nic innego jak tylko pokiwać mu głową, aby odszedł na chwilę. 
-Stary na co ta cała szopka ? 
-Mam poufne informacje z drużyny qudditcha więc nikt nie może się dowiedzieć. 
-Więc mówisz mi o nich ? 
-Czuję, że możesz być dobra, więc tak. Za 3 tygodnie zaczyna się nabór do drużyny, a dopiero za 2 tygodnie są lekcje latania na miotle, a więc musisz się spiąć i nauczyć się dobrze latać w jakiś tydzień. Generalnie Marcus ma w głowie mniej więcej obstawione pozycje, ale mam ochotę jedną osobę wyrzucić z naszego składu i tu będzie szansa dla Ciebie. 
-Co masz na myśli mówiąc "wyrzucić" ? 
-Wiesz jakieś przypadkowe zderzenie na miotle, wypicie jakiegoś eliksiru czy coś takiego. 
-Dobra czyli wiem, że lepiej Ci nie podpadać, bo znasz sztuczki jak się łatwo pozbyć człowieka. 
-Jak mój plan wypali to możesz być spokojna. 
-Jasne. 
-Jakby co to niczego nie wiesz. A co do transmutacji musisz się bardziej skupić na efekcie, poszerz swoją wyobraźnie, pomaga uwierz mi. 
Czy ja pierwszego dnia muszę być sensacją ? Zapamiętać nie zadawać się z ludźmi starszymi od siebie, bo dla reszty jest to dziwne. 
-Kolejny Twój brat ? - zapytał Blaise
-Nie, powiedzmy że kolega z domu. 
-Groził Ci ? 
-Co ? Skąd Ci to w ogóle przyszło do głowy ? 
-No wiesz on jest od nas dużo starszy coś musi być na rzeczy skoro z Tobą rozmawia. 
-Blaise nie pogrążaj się, bo nasza nauka skończy się tu i teraz. 
Przez resztę nauki chłopak starał się skupić na swoim zadaniu i już nie poruszał tego tematu.
Około 21:30 ruszyłam do swojego dormitorium z zamiarem pójścia w błogi sen. 

poniedziałek, 21 maja 2018

3. czarodziejska żaba

Na peronie owiało mnie zimne Szkockie powietrze i już wiedziałam, że to będzie długa przeprawa do zamku który jarzył się światłami w oddali. 
-Za mną pierwszoroczni! No już nie ociągać się. - grzmiał ponad głowami głos olbrzyma.
'Och czyli to tak wygląda Hagrid' w tym momencie przypomniały mi się wszystkie historie opowiedziane przez starsze rodzeństwo. 
-Po czterech do łódki! Nie więcej.
- O nie. - mruknęłam 
-Co Shafiq już na starcie pękasz. - śmiał się Malfoy 
-Chciałbyś.
Udając, że wcale się nie boję stojącej na wodzie łódki, ruszyłam z podniesioną głową. Kiedy już zajęłam miejsce w jednej z nich nie ruszyłam się ani o milimetr, bo wiedział, że grozi to jej chybotaniem. Ku mojemu wielkiemu bólowi z wielce chamskim uśmiechem dosiadł się do mnie panicz Draco i jego dwóch kumpli. 
-No trzymać się ruszamy! 
Zacisnęłam mocnej pięść i błagałam o to by ta podróż jak najszybciej dobiegła końca. W połowie jeziora Goyle zaczął poruszać łodzią raz w prawo raz w lewo, a ja myślałam, że zaraz zwrócę wszystkie czekoladowe żaby. 
-Koleś jeśli nie chcesz zobaczyć jak wygląda przetrawiona czekolada to lepiej usiądź na tyłku. 
-Czy Ty mu grozisz ? 
-Grozić to by zaczęła gdybym powiedziała, że nafaszerowałabym go tym. 
-Oj myślę, że spotkamy się w jednym domu.
-Oj mam nadzieję, że nie. 
Drugą połowę jeziora pokonaliśmy w spokoju dla mnie oni wychylali się i próbowali dostrzec coś pod wodą. To byłaby dla mnie wielka kara gdybym wylądowała z nimi w jednym domu, a przecież przez całe 11 lat mojego życia byłam grzeczna (no oprócz kilku incydentów, ale generalnie to nie była moja wina). 
Gdy łódka delikatnie dobiła brzegu byłam pierwszą która z niej wyskoczyła zrobiłam to nawet szybciej niż Hagrid. 
-Cholibka dziewczyno, musisz naprawdę nie lubić pływać. - zwrócił się do mnie
-Nie zaprzeczę. 
-Dobra już dzieciaki ustawić się parami i idziemy do zamku. 
Przy wrotach prowadzących do wewnątrz zamku czekała na nas wysoka czarownica, z mocno upiętym kokiem i okularami połówkami. 
-Dziękuję Ci Hagridzie, teraz ja się nimi zajmę. - zwróciła się do gajowego.
-Oczywiście pani psor. 
-Witajcie, ja nazywam się Minerva McGonagal, zaraz odbędzie się ceremonia przydziału, także przygotujcie się i przestańcie się bać. - mówiąc o przygotowaniu zwróciła wzrok na kilka osób, które nie wyglądały zbyt wyjściowo, a może raczej w tym przypadku wejściowo. No no jest całkiem dobrze skoro takie słabe żarciki się mnie trzymają. 
Kiedy pani profesor upewniła się, że każdy wygląda tak jak należy otworzyła ogromne drzwi które prowadziły jak się okazało do Wielkiej Sali. Z opowieści i książek nie wydawała się ona taka wielka, ale naprawdę taka jest. Na środku były ustawione cztery stoły jak się domyśliłam każdy oznaczał jeden dom, a na podwyższeniu na wprost od drzwi stał stół nauczycielski, na czele z dyrektorem. Idąc chciałam zobaczyć jak najwięcej rzeczy, dopiero w momencie gdy ktoś wspomniał o suficie spojrzałam na niego i odjęło mi mowę. Sklepienie wyglądało jakby go w ogóle nie było, przedstawiało gwieździste niebo z chmurami w kilku miejscach. Odrywając wzrok od sufity natrafiłam na Maye siedzącą przy stolę Gryffindoru i o dziwo uśmiechała się do mnie. Niestety nie zdążyłam zauważyć gdzie siedzi Taylor, bo już dotarliśmy do podnóża schodów. McGonagal pokonała kilka schodów które dzieliły ją od szczytu i przystanęła obok krzesełka na którym leżała stara tiara. Ku uciesze nauczycieli, a nie koniecznie uczniów tiara przemówiła: 


Może nie jestem śliczna,
Może i łach ze mnie stary,
Lecz choćbyś świat przeszukał,
Tak mądrej nie znajdziesz tiary.
Możecie mieć meloniki,
Możecie nosić panamy,

TiaraPrzydziału
Tiara Przydziału


Lecz jam jest Tiara Losu,
Co jeszcze nie jest zbadany.
Choćbyś swą głowę schował
Pod pachę albo w piasek,
I tak poznam kim jesteś,
Bo dla mnie nie ma masek.
Śmiało, dzielna młodzieży,
Na głowy mnie wkładajcie,
A ja wam zaraz powiem,
Gdzie odtąd zamieszkacie.
Może w Gryffindorze,
Gdzie kwitnie męstwa cnota,
Gdzie króluje odwaga
I do wyczynów ochota.
A może w Hufflepuffie,
Gdzie sami prawi mieszkają,
Gdzie wierni i sprawiedliwi
Hogwarta szkoły są chwałą.
A może w Ravenclawie''
Zamieszkać wam wypadnie
Tam płonie lampa wiedzy,
Tam mędrcem będziesz snadnie.
A jeśli chcecie zdobyć
Druhów gotowych na wiele,
To czeka was Slytherin,
Gdzie cenią sobie fortele.
Więc bez lęku, do dzieła!
Na głowy mnie wkładajcie,
Jam jest Myśląca Tiara,
Los wam wyznaczę na starcie!'

Profesor Dumbledore był pierwszym, który zaczął bić głośno brawo, a za nim kolejni. Po skończonej salwie oklasków dla tiary, zastępczyni dyrektora przeszła do czytania uczniów z listy. 
Pierwsza o ile dobrze pamiętam była Abbott Hanna i trafiła do Hufflepuffu, a później to już szybko szło, a tam gdzie trafiał dany uczeń stół głośno wiwatował i klaskał. Mam nadzieję, że to nie był żaden znak, ale na razie każda dotychczas poznana przeze mnie osoba trafiła do Slytherinu. Stałam w co raz większym stresie, a liczba uczniów się zmniejszała, aż wreszcie usłyszałam. 
-Shafiq Anastazja! - zabrzmiał głos profesor McGonagal
Wspięłam się po schodach i usiadłam na krzesełku, za nim jeszcze tiara opadła mi na oczy zasłaniając cały widok dostrzegałam moje rodzeństwo wyciągające szyje, aby zobaczyć mój przydział. 
-No proszę - zaczęła tiara, a ja nie byłam pewna czy dzieje się to w mojej głowie czy może jednak wszyscy to słyszą - nie bywała ambicja i spryt, ale również odwaga i oddanie. Mam wielki problem z Tobą moja droga, pasujesz do obu skrajnych od siebie domów zazwyczaj nie wróży to nic dobrego myślę jednak, że Twoja ambicja i chęć wykazania się przebijają przez inne cechy, także SLYTHERIN! Zamarłam nie mogąc w to uwierzyć, jak to ja w Slytherinie ? Bałam się nawet spojrzeć na moje rodzeństwo. Kiedy tiara zniknęła z mojej głowy ja pomaszerowałam smutno do stołu skąd dochodziły wiwaty. Usiadłam obok Dafne, która bardzo się ucieszyła, że trafiłyśmy do jednego domu. Nie mam pojęcia o czym dokładnie mówił dyrektor, ponieważ cały czas w głowie kotłowało mi się to do jakiego domu trafiłam. Przecież w naszej rodzinie trafia się to raz na sto lat! i akurat teraz zachciało się wypadać te 100 lat ?! Nie byłam pewna jak przyjmą to rodzice, ani dziadkowie, ale wiedziałam, że muszę wziąć się w garść i z tym żyć. Jakoś nie szczególnie przejęłam się kolacją i tylko trochę zjadłam co mi weszło w ręce. Otrzeźwiałam dopiero gdy usłyszałam słowo "qudditch" z ust dyrektora. 
"... Próby do quidditcha rozpoczną się w drugim tygodniu semestru. Każdy, kto jest zainteresowany grą w barwach swojego domu, powinien zgłosić się do pani Hooch. I ostatnia uwaga. Muszę was poinformować, że w tym roku wstęp na korytarz na trzecim piętrze, ten po prawej stronie, jest zabroniony. Dla wszystkich, o ile nie chcą umrzeć w straszliwych mękach."
Straszliwe męki ? super zaczyna podobać mi się ta szkoła - usłyszawszy to  przy naszym stole, stwierdziłam, że chyba jednak dobrze trafiłam skoro przeszła mi przez głowę podobna myśl. 
I na koniec poczułam, że to było skierowane specjalnie dla mnie a mianowicie Dumbledore ogłosił, że na zakończenie dzisiejszego dnia odśpiewamy hymn Hogwartu, każdy w swojej melodii jak komu pasuje.
-No i to mi się podoba - powiedziałam radośnie i nie wiem czy mi się tylko wydawało czy dyrektor uśmiechnął się do mnie. Przed każdym pojawił się pergamin z tekstem i po chwili cała szkoła zabrzmiała: 


Hogwart, Hogwart, Pieprza-Wieprzy Hogwart, 
Naucz nas choć trochę czegoś! 
Czy kto miody z świerzbem ostrym, 
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy 
Farszem czegoś ciekawego, 
Bo powietrze je wypełnia, 
Muchy zdechłe, kurzu wełna. 
Naucz nas, co pożyteczne, 
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie, 
My zaś będziem wkuwać wiecznie, 
Aż się w próchno mózg rozsypie!

Dałam niezły popisy i myślę, że śpiewałam najgłośniej z całego domu, także panie profesorze nietoperzu
+15 pkt za mój śpiew się należy. 
Każdy kończył śpiewać w innym tempie i na końcu zostali już tylko rudzi bliźniacy, którzy śpiewali coś na kształt marszu żałobnego, gdy skończyli ktoś na początku stołu zawołał:
-Jestem perfektem naszego domu! za mną pokażę wam jak trafić do naszego dorminotrium. 
Przy wielkich schodach gdzie większość się tam kierowała my ruszyliśmy w lewo gdzie znajdowały się schody w dół. 
-Nasze dormitorium znajduje się w lochach pod zamkiem - kontynuował dalej perfekt
Kolejny argument dlaczego nie powinno mnie tu być "ja kocham słońce!!!!". 
Mijaliśmy różne obrazy, które coś szeptały między sobą albo nas witali. Nagle zatrzymaliśmy się przed wielką ścianą obok dwóch filarów. 
-Gdy dojdziecie do tego miejsca należy podać hasło jakim jest "czysta krew".
Po tym gdy ściana usłyszała hasło pojawiły się drzwi, gdy ślizgon je otworzył zobaczyliśmy duży pokój wspólny, który dawał zieloną poświatę, jak później wyjaśnił nasz przewodnik znajdujemy się po części pod jeziorem. Malfoy gdy to usłyszał szturchnął mnie łokciem, co skutecznie próbowałam zignorować. Pokój wspólny miał kamienne ściany i niskie sufity z których zwisały na łańcuchach zielonkawe lampy. W pokoju znajduje się wiele czarnych i ciemnozielonych pikowanych sof ze skóry, oraz krzeseł i szafek z ciemnego drewna. O dziwo podoba mi się klimat tego miejsca i myślę, że spokojnie zadomowimy się tutaj z Żabertem. Następnie dotarliśmy do drzwi dormitoriów dziewcząt i już tam zostaliśmy, a męska część pierwszorocznych poszła do kolejnych drzwi, które znajdowały się na przeciwległym końcu. 
Nawet ucieszyłam się z tego, że w pokoju jestem z Pansy, Dafne i Millicenta Bulstrode, której jeszcze nie znam, ale przez najbliższe kilka lat zdążę poznać, w końcu jesteśmy skazane na siebie do końca szkoły. W naszej sypialni były cztery duże łóżka, z dużymi zielonymi baldachimami, przy każdym łóżku stał już kufer także nie było zaklepywanie i kłótni kto gdzie chce spać. Myślę, że jak dodamy swoje dodatki to ten pokój będzie wyglądał lepiej, na razie wygląda jak wymiociny żaby, wszędzie jest zielono, ale elegancko. Po szybkim prysznicu, od razu rzuciłam się na łóżko, nawet nie myślałam o jakiś rozpakowywaniu się czy czymś takim. W słodkie sny odpłynęłam prawie natychmiast. Ostatnie co poczułam to jak Żabert wchodzi mi na poduszkę i tylko on jeden wie gdzie był przez całą ceremonię.

poniedziałek, 14 maja 2018

2. czarodziejska żaba

1 września 1991
Właśnie nadszedł dzień na który czekałam od momentu dostania listu, to właśnie dzisiaj po raz pierwszy miałam zobaczyć Hogwart. 
Przez ostanie 3 miesiące po kryjomu zagłębiałam magiczną wiedzę z książek i uczyłam się trochę zaklęć z dziadkami. Rodzice wiedzą tylko, że czytałam z ciekawości historię Hogwartu, a tak naprawdę przestudiowałam każdą magiczną książkę jaka weszła mi w ręce. Nie mogłam pójść do szkoły nie mając chociaż podstawowej wiedzy. Na zakończenie mugolskiej szkoły wyczarowałam (o ile można to tak nazwać, bo zrobiłam to nie umyślnie) kubeł ze śmieciami który zawisł nad głową pani dyrektor a następnie wyrzucił na nią całą swoją zawartość. Za nic mama nie chciała uwierzyć, że było to przypadkiem. Na szczęście mugole potraktowali to jako żart jednego z zawieszonych uczniów. 
Kiedy Taylor i Maya wrócili ze szkoły przywieźli mi masę słodyczy i przez całe dnie opowiadali jak świetnie się bawili. Zaznaczając, że kiedy będziemy mijali się na korytarzu mam udawać, że ich nie znam był to pomysł Mai. Szczerze mówiąc nawet nie chciałam zawracać sobie nimi głowy, chce znaleźć w końcu prawdziwych przyjaciół. Opowiedzieli mi również których nauczycieli mam unikać, a którzy są fajni. 
W sierpniu kiedy teleportowaliśmy się na Pokątną (czego szczerze i z całego serca nienawidzę) na początek udaliśmy się do banku Gringotta po pieniądze potrzebne do pełnej listy zakupów. Wychodząc z banku postanowiliśmy podzielić się na grupy jako iż Maya miała najmniej do kupienia udała się z mamą, a Taylor i ja z tatą. Przechodząc obok sklepu ze sprzętem do Qudditcha dostrzegłam nową miotłę Nimbus 2000 i zakochałam się od pierwszego wejrzenia niestety usłyszałam "Na pierwszym roku nie możesz mieć miotły, zresztą znasz mamę bla bla bla" więc z wielkim bólem serca musiałam pójść dalej. 
-Dobra to może my pójdziemy do Ollivandera, a Ty Taylor do apteki po składniki do eliksirów dobrze ? 
-Oczywiście - mruknął mój brat, wziął pieniądze i już go nie było widać 
-Tak więc moja droga najważniejsza z rzeczy na dziś. Zapraszam - otworzył przede mną drzwi do sklepu a w powietrzu zamigotały drobinki kurzu. 
Pomieszczenie było małe a na wszystkich półkach od podłogi do sufitu były podłużne pudełka najprawdopodobniej z różdżkami. Kiedy podeszliśmy do lady z głębi sklepu wyszedł do nas starszy mężczyzna o siwych włosach jak mniemam był nim pan Ollivander. 
-Ahh tak mahoń, 14,5 cala, włókno ze smoczego serca, odpowiednio giętka prawda ? 
-Ależ oczywiście - uśmiechnął się przyjaźnie tata 
-Pamiętam doskonale każdą różdżkę którą sprzedałem. A teraz znajdziemy coś dla Ciebie kochanieńka. - zniknął pomiędzy półkami aby za chwilę pojawić się z kilkoma pudełkami - proszę wierzba, 14 cali, włos z ogona jednorożca 
Wzięłam niepewnie różdżkę w dłoń i machnęłam nią nie poradnie na szczęście porozrzucałam tylko stertę książek która leżała w rogu sklepu.
-Nie nie nie - mruczał do siebie sprzedawca - może ta czereśnia, 13 cali, włókno smoczego serca. 
Znów wzięłam różdżkę w dłoń tym razem zgasiłam wszystkie świece jakie były w pomieszczeniu. 
-Nie, na pewno nie ta  
-No co pan nie powie mruknęłam do siebie.
- To może być ta, czerwony dąb, 12 cali, szpon hipogryfa, sztywna. 
Kiedy wzięłam tę różdżkę w dłoń poczułam moc i chyba nie tylko ja to poczułam bo na twarzach obu mężczyzn zawitał uśmiech. 
-Ahh różdżka idealna do pojedynków i tworzenia zaklęć, chyba będzie panienka wielką czarownicą. 
Oczarowana słowami wytwórcy różdżek i mocy jaką poczułam już nie myślałam o niczym innym tylko o wypróbowaniu jej. Tato po tych słowach również jakby urósł z 10 cm duma go rozpierała chociaż jeszcze niczego nie dokonałam. 
Z moim stworzycielem kupiłam jeszcze podręczniki, ale na wyprawę do Madame Malkin się nie odważył (taki z niego Gryffon a takich zakupów się boi)  i "oddał" mnie mamie a sam poszedł po niespodziankę z moim rodzeństwem. 
Gdybym tylko mogła to ominęłabym część mierzenia, skracania i dopasowywania tych wszystkich szat miałam wrażenie, że trwało to wieczność a mama w najlepsze rozmawiała sobie z właścicielką sklepu. 
Po zakupach który trwały o wiele za długo, udaliśmy się z mamą do miejsca w którym byłyśmy umówione z resztą. Znudzone czekaniem zamówiłyśmy wielkie desery lodowe u pana Floriana. Pół pucharka lodów później przyszła reszta rodziny z nowym jej członkiem. 
-To właśnie Twoja niespodzianka, żebyś nie czuła się w Hogwarcie samotnie i nie musiała gadać sama do siebie kiedy te łajzy nie będą chciały z Tobą gadać.
-Ed! wyrażaj się to nasze dzieci - wtrąciła się mama 
-Co ? Nie! łajzy to te inne dzieciaki z dormitorium, w każdym razie proszę o to Twoje zwierzątko. 
Dostałam kotka, małego szarego kiciusia z wielkimi niebiesko - zielonymi oczami Maya się śmiała, że to zwierzęca wersja mnie. 
I tak właśnie minął nam sierpniowy dzień na Pokątnej w Londynie. 
Przez ostatnie 3 tygodnie oswajałam Żaberta (pomijając oczywiście fakt, że Żabert to stworzenie znalezione w książce Fantastyczne zwierzęta, ale tak mi przypasowało to do tego kota, że nie mogłam sobie odpuścić) próbowałam "dogadać" się z moją różdżką co jest trudne i przeanalizowałam sobie mniej więcej wszystkie podręczniki jakie będą mnie obowiązywać. 
Tak wspominając ostatnie kilka tygodni wymęczyłam mój umysł i po wielkich wysiłkach zasnęłam chwilę przed 3:00. 
Przez to wszystko poranek był bardzo ciężki tak samo moje powieki, ale dałam radę wyjść z ciepłego, miękkiego, wygodnego łóżka do jaśniącej w słońcu kuchni. Mimo iż dochodziła 9:30 zastałam tam tylko tatę pijącego kawę. 
-Cześć a gdzie reszta ? 
-Dzień dobry, wszyscy jeszcze śpią jesteśmy pierwsi. 
-Jej - mruknęłam 
-Wiesz nie wiem czy oddam Ci Żaberta, już się przyzwyczaiłem do tego, że rano przychodzi pić ze mną kawę. 
-Kup sobie własnego.
-A co jak mnie nie polubi ? Zresztą po co mi kolejny kot w domu wystarczy mi Twoja mama. 
-Faceci. 
-Kobiety. 
-Rodzina. - ziewnęła mama z progu kuchni.
I tak nam minęła godzina na przekomarzaniu się, potem nadeszła 10:40 a my nadal byliśmy w domu zamiast na King's Cross.
Na moje wielkie szczęście zdążyliśmy i zanim minęło 10 min już przebiegaliśmy przez ścianę na peron 9 3/4. Byłam tu już cztery razy, ale nigdy nie czułam się tak jak w tym momencie radość, ciekawość, podekscytowanie, ale też smutek wypełniały mnie od środka aż w pewnej chwili myślałam, że mnie rozniesie. 
- Pa mamo! Pa tato! - szybko pożegnało się moje rodzeństwo i pobiegli do grupek swoich znajomych.
-Będzie dobrze córeczko, będziemy do Ciebie pisać codziennie - ekhem - wtrącił się tata - no dobra może raz w tygodniu, na pewno znajdziesz sobie przyjaciół i pamiętaj nie ważne do którego domu trafisz i tak Cię będziemy kochać. 
-Mówi tak, bo wie, że trafisz do Gryffindoru - zaświergotał tata za co dostał od mamy po uszach.
-Kocham was i będę tęsknić - przytuliłam mocno mamę, a tata udał się ze mną do pociągu, aby włożyć mój kufer. 
Kiedy na szybko znaleźliśmy pusty przedział, tata pocałował mnie w czoło życzył powodzenia i oddał Żaberta. 
Zamykając drzwi przedziału dotarło do mnie, że teraz zaczynam nowe życie, po części bez rodziców i muszę zacząć sobie sama radzić. Zanim ruszyliśmy wyjrzałam jeszcze przez okno aby pomachać rodzicom. Stali obok siebie, tata obejmujący mamę i całujący ją w skroń gdyby pociąg nie ruszył chyba bym się rozkleiła i do nich wybiegła.
Moja sielanka związana z pustym przedziałem nie trwała długo. Do środka weszły dwie dziewczyny jedna o czarnych włosach, a druga o blond. 
-Czy tutaj jest wolne ? wszędzie jest straszny tłok - zapytała blondynka 
-Tak, jasne 
-Jestem Dafne Greengrass, a to jest Pansy Parkinson 
-Anastazja Shafiq 
Przez chwilę panowała cisza i żadna z nas nie wiedziała co powiedzieć i czy się w ogóle odezwać, później Dafne zauważyła, że przeglądam podręcznik "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" więc zaczęła rozmowę. I tak samo jakoś nam się rozmowa potoczyła. Dowiedziałam się, że dziewczyny są czystej krwi i są wręcz pewne trafienia do Slytherinu, czego ja nie byłam pewna w moim przypadku, ale wolałam tego nie mówić na głos. Rozmawiałyśmy o swoich doświadczeniach z magią, o dotychczasowym życiu i naszych rodzinach. Myślę, że mogę się z nimi co najwyżej za kumplować, wielkiej przyjaźni raczej z tego nie będzie. 
Gdy za oknem zaczynały się lasy i pola do naszego przedziału weszło trzech chłopaków, a na widok jednego z nich Pansy, aż zaświeciły się oczy. 
-Jestem Draco Malfoy, a to Crabbe i Goyle - przedstawił się (bardzo) jasny blondyn 
-A tak z ciekawości - wypaliłam wtrącając się Pansy w słowo za co zgromiła mnie wzrokiem - Crabbe i Goyle to imiona czy nazwiska ?
-Nazwiska ignorantko - mruknął Malfoy 
-No z tą ignorantką to bym nie przesadzała w końcu zapytałam tak ? 
-A Ty to kto ? 
-Anastazja Shafiq - powiedziałam z wyższością 
Za nim Draco zdążył co kolwiek odpowiedzieć Pansy i Dafne wcisnęły się, aby się przedstawić. W duchu im za to dziękowałam, ponieważ nie czułam potrzeby kontynuowania tej rozmowy. 
-Lepiej ubierzcie szaty, zaraz wychodzimy - rzucił blondyn na wychodne 
Od niechcenia ruszyłam się ku kufrowi, by z niego wyciągnąć moje szaty i przy okazji różdżkę, która od teraz miała być moim nie rozłącznym elementem. 
Po jakiś 15 min pociąg zaczął zwalniać, aby po chwili całkowicie się zatrzymać. No to "ahoj przygodo" pomyślałam biorąc na ręce Żaberta i wysiadając z pociągu. 

wtorek, 8 maja 2018

1. czarodziejska żaba

-Anastazja!
-Anastazja! 
-Cooo ?! - nie chętnie oderwałam się od książki, którą właśnie czytałam
-List do Ciebie przyszedł 
List do mnie ?! ta myśl kotłowała się w mojej głowie, schodząc po schodach dotarło do mnie, że to musi być TEN list skoro wczoraj były moje 11 ste urodziny. 
Wchodząc do kuchni przy stole zastałam uśmiechniętą od ucha do ucha mamę, a na stole leżał list na który każdy czeka. 
Z wielką czcią wzięłam list do ręki, na jego przodzie widniało:

Mrs A. Shafiq
Mała sypialnia na pierwszym piętrze
32. Aspen Way
Little Oakley
Harwich

Na odwrocie zaś była pieczęć Hogwartu! 
Mama z niecierpliwością zaczęła stukać palcami w blat stołu na co się zaśmiałam, to chyba ja powinnam się denerwować i niecierpliwić a nie ona! 
W kopercie były dwa pergaminy, na jednym było napisane:

Hogwart Szkoła Magii i Czarodziejstwa 

Szanowna Pani Shafiq,
Mamy przyjemność poinformowania Panią, że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku,
Minerva McGonagal, zastępca dyrektora.

-Mamo tłucz kotlety dostałam się! - wykrzyczałam pełna emocji 
Koniec z mugolską szkołą, koniec z siedzeniem samej w domu, koniec martwienia się, że jednak nie jestem czarownicą. Zero rodziców, zero obowiązków, zero pomagania mamie. Czy życie młodego czarodzieja nie jest piękne ? 
-Na pewno trafisz do Ravenclaw tak jak ja. 
-Tak tak, a tato wróci z pracy i powie "hoho córciu Ty to tak jak ja trafisz do Gryffindoru" słyszę to już od kiedy zaczęłam rozumieć trochę więcej niż kamień wiesz ? 
-Oj tam głupoty gadasz córeczko. 
Kiedy mama po raz kolejny zaczęła snuć swoje opowieści o Ravenclaw ja postanowiłam napisać list do mojego rodzeństwa, które już uczy się w Hogwarcie. 3 lata starszy Taylor jest ku uciesze mamy w Ravenclaw, a 2 lata starsza Maya jest ku uciesze taty w Gryffindorze. Nakreśliłam krzywym pismem, że dostałam list od profesor McGonagal i że od września będziemy razem w szkole. List zawinięty w mały rulonik przywiązałam do nóżki naszej sowy Brzęczka. (Brzęczyk stąd, że przy lądowaniu wydaje dziwny dźwięk i nikt nie wie skąd). 
Przez resztę dnia już nie mogłam się skupić na niczym innym jak snuciu wyobrażeń o tym jak będzie w Hogwarcie i w czym będę dobra. Na pewno będę starała się o miejsce w drużynie Qudditcha, tata wraz z Taylorem nauczyli mnie całej gry i kilku ciekawych zagrań które chciałabym wykorzystać w prawdziwej grze. 
***
Tak jak się spodziewałam tata kiedy wrócił z pracy zachwycał się tym, że jego kolejna córka trafi do Gryffindoru i pokaże prawdziwą moc rodziny Shafiq. 
Moi rodzice można by rzec, że pasują do siebie jak dwa puzzle, mama jest średniego wzrostu blondynką o jasno brązowych oczach każdy uważa, że są wyjątkowe ponieważ rzadko się zdarza by blondynka miała brązowe oczy, ubiera się bardzo modnie jak na czarownicę i myślę, że bez problemu znalazła by pracę u mugoli. Jej twarz jest zawsze promienna i dla każdego życzliwa. Moim zdaniem wygląda jak typowa mama. Zanim nas urodziła pracowała dla Proroka Codziennego i robiła zdjęcia. Natomiast tata jest wysoki z czarnymi włosami i czarnymi oczami, z twarzy wygląda groźnie, a tak naprawdę jest słodkim tatuśkiem. Nigdy nie był typowym tatą zawsze chciał być naszym przyjacielem i ciągle do tego dąży. Kiedy przypadkiem w złości poprzez magię zbiłam wazon mama się zdenerwowała, a tata poklepał po plecach i szepnął na ucho "dobra robota". Tata pracuje w Ministerstwie Magii w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. I tacy właśnie są moi rodzice myślę, że każdy będzie mi ich zazdrościł. 
Mój brat jest bardziej podobny do mamy w sumie ja uważam, że jest męską i młodszą wersją mamy. Oboje mają blond włosy i ciemne oczy chodź te Taylora są ciemniejsze za sprawą genów taty, z tymi wszystkimi cechami mamy i kilkoma dodanymi od taty wygląda on jak słodki szczeniaczek i pewnie ma duże powodzenie u dziewczyn. 
Natomiast moja siostra to połączenie mamy i taty, dosłownie od każdego coś wzięła, włosy ma ciemne taty, ale oczy jasno brązowe i błyszczące jak mamy, nie wiem czy da się to jakoś określić ale czasami mam wrażenie, że jest zdenerwowana i zadowolona jednocześnie. Podobno tiara przydziału miała z nią problem i nie wiedziała do którego domu ją przydzielić po dłuższej chwili wybrała jednak dom lwa. 
A ja to jestem bardziej tata niż mama, chociaż z "braniem" genów poszalałam bardziej niż moje rodzeństwo i trafiły mi się niebieskie oczy po dziadku Leonie (tacie taty) z twarzy ja sama nie wiem kogo przypominam, ale chyba bardziej tatę i mam też takie złe spojrzenie jak on co czasami jest kłopotliwe np w mugolskiej szkole kiedy na wszystko zwracają uwagę. 
A skąd to, że chodzę do mugloskiej szkoły ? Ano moi rodzice postanowili, że skoro mieszkamy w wiosce nie magicznej to musimy chodź trochę zachowywać się tak jak oni. Stąd pomysł, że będę chodziła z dziećmi sąsiadów do tej samej szkoły, jak dla mnie to bardzo wielka głupota, ale rodzice byli zachwyceni tym pomysłem. Dziadkowie z obu stron byli przeciwni i uważali, że hańbi to czystość naszej krwi, ale oni się uparli. Mimo iż w naszej rodzinie czysta krew jest od początku, rzadko zdarzało się by ktoś trafił do Slytherinu, jak uważa dziadek Leon nasza rodzina jest zbyt odważna żebyśmy trafiali do zielonych. Od zawsze mnie to bawiło, że zamiast nazywać domu po "imieniu" nazywał je kolorami. Za to dziadek Frank (tata mamy) uważał, że nasza rodzina jest zbyt mądra, by trafiać Slyteherinu. 
Niestety czysta krew przeszło 11 lat temu nie wróżyła nic dobrego, ponieważ Voldemort chciał mieć takie rodziny jak nasza w swoich szeregach. Moi rodzice jako młode małżeństwo z dwójką dzieci wyprowadzili się do Francji i tam się ukrywali. Całe moje rodzeństwo wraz ze mną urodziło się właśnie w tym kraju. Ani mama ani tata nie chce opowiadać o tym okresie uważają, że to był najgorszy czas w ich życiu i nie chcą do tego wracać. Nawet dziadkowie nie są zbyt rozmowni jeżeli chodzi o ten temat, dlatego ja sama nie wiele o tym wiem. 
I tak o to przedstawia się mniej więcej rysopis mojej małej magicznej rodzinki. 
Następnego dnia kiedy wstałam była sobota, a z kuchni dochodził zapach pieczonego chleba i narzekanie babci Rolandy (mamy mamy), że powinniśmy zatrudnić sobie skrzata domowego. 
-Dzień dobry wszystkim - przywitałam się jeszcze zaspana z rodzicami i babcią 
-No moje maleństwo dostało list! Gratulacje orle gniazdo (czyt. wieża zachodnia gdzie znajduje się pokój wspólny Ravenclaw) już na Ciebie czeka!
-O nie nie! ta córa też trafi do Gryffindoru - zastrzegł zza gazety tata 
-Oj Edwardzie zajmij się quidditchem.  
Był dopiero maj a temat tego, że od września idę do Hogwartu miał nie zniknąć do momentu wejścia do pociągu. 
Na lodówce wisiał spis potrzebnych rzeczy na który wcześniej nie zwróciłam uwagi. Patrząc na listę wiedziałam, że czeka nas długi sierpniowy (niestety jeszcze prawie trzy miesiące czekania) dzień na Pokątnej. 

HOGWART SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA

UMUNDUROWANIE:
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry ALBO z podobnego rodzaju)
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne) 
UWAGA: wszystkie stroje uczniów powinny być zaopatrzone w naszywki z imieniem.

PODRĘCZNIKI:
Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu z następujących dzieł:
Standardowa księga zaklęć (1 stopień) Mirandy Goshawk
Dzieje magii Bathildy Bagshot
Teoria magii Adalberta Wafflinga
Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha
Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore
Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera 
Ciemne moce: Poradnik Samoobrony Quentina Trimble'a

POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE:
1 różdżka
1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek 
1 teleskop
1 miedziana waga z odważnikami
Studenci mogą mieć także jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę

PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDENTOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ.

Teraz pozostało mi tylko czekać i odliczać dni do:
1. Zakończenia mugolskiej szkoły.
2. Powrotu rodzeństwa z Hogwartu.
3. Wycieczki do Londynu na Pokątną. 
4. Wyjazdu do Hogwartu.
Oj szykują się bardzo długo ciągnące się wakacje, ale myślę że biblioteka z książkami o magii zaspokoi moją niecierpliwość, aż do września, a może nawet uda mi się namówić któregoś z dziadków na trochę nauki magii. 

czwartek, 3 maja 2018

Huczne rozpoczęcie.

Ulubiona przez wszystkich autorka najbardziej abstrakcyjnych tekstów na polskim (nie wiem czy w innym kraju jest ) bloggerze powraca w wielkim stylu! 
Tematem mojego bloga mają być historie które wydarzyły się w Slytherinie czyli w jednym z domów znanej wszystkim książki "Harry Potter...". Wypełniając wiele tiar przydziału (tak to chyba można nazwać ) wychodził mi właśnie dom Salazara tak więc postanowiłam wspomóc Rowling (żarcik kosmonaucik z mojej strony) i opisać to co mogło dziać się w tym właśnie domu. Jeszcze nie wiem czy historia będzie taka sama jak w książkach (czyli np. co działo się w zielonym domu kiedy golden trio schodziło do klapy w podłodze) czy wymyślę coś innego czy historia będzie się działa przed Draco Malfoyem czy po nim. Wszystko wyjdzie w trakcie pisania. 
Myślę że wybiorę jeden/dwa dni w tygodniu i wtedy będę dodawała rozdziały, niestety nie mam już tyle czasu co w gimnazjum, żeby rozdziały pojawiały się praktycznie codziennie. Zostały mi ostatnie dwa miesiące na drugim roku studiów także regularność naprawdę będzie słaba, ale mam nadzieję że mi się uda. 
Także przygotujcie się na chwile mojej szalonej wyobraźni! 

16. czekoladowa żaba

  Było już tak gorąco, że pokochałam lochy. Jedyne miejsce w całym zamku gdzie nie było duszno. A już jutro rozpoczynają się nasze pierwsze ...